poniedziałek, 22 grudnia 2008

Odejścia


Stało się. Nasz kot przychodni, towarzysz paru lat, Ten-Którego-Miauknięć-Obawiały-Się-Nawet-Psy, przegrał. Rozdzierający płacz dziecka - to pierwsze wrażenie. Później dochodzi działanie umysłu, który uświadamia nam, że jest 1.30 w nocy i raczej żadne dziecko pod balkonem nie płacze. To Bazyl.

Toczył dziś pojedynek o dominację. I najprawdopodobniej przegrał. Widziałem, jak śmigała za nim biała rakieta. Potężny kocur, tak biały, że chyba musiał się komuś na chwilę wyrwać z fotela, żeby tu przyjść i gryźć nam Bazyla.

Później cisza i nasz kocur chyłkiem opuszczający ulicę z podkulonym ogonem. Za nim powoli, oglądając się odczłapał białas.

I my już wkrótce też stąd odejdziemy. Na Nie-nasze Nowe.




wtorek, 16 grudnia 2008

Nasze stare-nowe


Nazca, Lublin

Widok z mojego nowego, zaklejonego watą i taśmą klejącą okna. Trochę dalej jest cmentarz. Ogólnie, ubaw po pachy.

Biorąc pod uwagę, gdzie się znajduję obecnie, łazienki w Łomży już nie wydają się tak małe, jak niegdyś. Farbę z kalafiorów w mieszkanku można zrywać płatami, co wydaje się niegłupie w razie wielkiego głodu - przypomina bowiem barwą oraz kształtem jakieś wafelki, w najgorszym razie podpłomyki. Wszystkie rury, starym dobrym zwyczajem, przechodzą przez pomieszczenia, miast tkwić w ścianach. Zapewne miało to na celu zapewnić święty spokój właścicielom owych lokali - na pierwszy rzut oka można ocenić, czy się jakiś kradziej złomu nie połakomił na nasze metalowe...

Do tego atrakcyjnego zestawu należy obowiązkowo doliczyć dziadka do stukania w rury (te właśnie, co idą przez wnętrze). Głos sumienia.

wtorek, 9 grudnia 2008

***


a po nas?

choćby świt
i nic nam
nic do tego

i nie ma sielanki
i dom nie pachnie bukiem
i świeca nie zerka radośnie

a wieczór
jak wieczór
jak było ich pełno do dziś

i nie szukam
i struna stryczkiem gitary
i progi wytarte - nie do przeskoczenia

choćby świt

piątek, 5 grudnia 2008

Avast Home Edition


Baza wirusów została zaktualizowana.

Lech
Tarcza
Putin
Afgan
Aborcja
Irak
Wojna
Jaro
Atak
Protest
Grzech
Manifa
Donald
Eutanazja
Terror
Gwałt

Ruszaj się Bruno...

środa, 3 grudnia 2008

Plany, plany, plany




Nie cierpię przeprowadzek. Na myśl o pakowaniu, przenoszeniu, ustawianiu, rozpakowywaniu, robi mi się nieciekawie. Może chodzi o zmianę?
Nie swoje - nie swoje
Nie swoje - swoje
Swoje - nie swoje
Swoje - swoje

Przyznaję, że druga opcja w jakiś sposób wynagrodziłaby męki związane z niedogodnościami. W pewnym sensie można tu mówić zapewne o rytuale przejścia. Z jednego lokum do drugiego co prawda, ale sądzę, że dotyka to całego naszego Ja.

Pozostaje dziwne uczucie, że część mnie zostaje tutaj, że wsiąkła w ściany niczym farba - namacalny ślad istnienia w czasie i przestrzeni. Czy miejsce pamięta? Święta przestrzeń przez pewien czas chroniąca w swym kręgu kilka istnień.

Czas przeprowadzki to zawieszenie w czasie i przestrzeni. Przez moment - jeśli brać pod uwagę okres całego życia - jesteśmy Nigdzie, Poza.

Nie ma nas?

środa, 26 listopada 2008

Wybór


Kilka dni temu stojąc na przystanku podejmowałem decyzję. Dotyczyła ona tego, czy poczekać 5 minut na autobus, którym podjadę prawie pod dom, czy wsiadać do autobusu przyjeżdżającego wcześniej, ale musiałbym się przesiadać i marnować jeden bilet. Było zimno, więc zdecydowałem się wsiąść do tego, który przyjeżdża wcześniej.

Wsiadłem. Pojechałem. Trzy przystanki dalej wysiadłem, ponieważ autobus zaczął się palić. Spod karoserii wydobywały się kłęby dymu, w związku z czym nie było szans (o dziwo!) na dalszą jazdę.

Na przystanku poczekałem na autobus, którym podjechałem prawie pod dom. Bilet i tak diabli wzięli!

Odnoszę wrażenie, wciąż i wciąż utwierdzając się w tym przekonaniu, że niezależnie od tego czy wierzymy w wolność wyboru czy nie, i tak wszystkim rządzi przypadek. Pewnie nawet mój wybór, w gruncie rzeczy był kolejnym przypadkiem. I tak od przypadku do przypadku zachłystujemy się pozorami wolności.

Czymś przecież cieszyć się trzeba.

sobota, 22 listopada 2008

You don't love me


Runnin’ wild out on the road
Just like a leaf on the wind
How in the world could you ever know
We'd ever meet again?

-Seven Turns-


Kompletnie rozbici

Już nie ma zabawy
na śniegu widzianym pierwszy raz w życiu

Już zdjęć nie ma -
niecierpliwych, lecz roześmianych,
gdy Duane schował pod swoimi wielgachnymi dłońmi
przesyłkę poleconą

Już tylko cygański koc
i sen w cieniu motocykla,
i drogi, które w inne strony prowadzą

You don't love me,
myślą o sobie nawzajem

piątek, 14 listopada 2008

Gość w dom...


Gość

Niedawno na moim parapecie zagościł Jeleń. Mam nadzieję, że poczuje się komfortowo i nie zmarnieje.

Swoją drogą ciekawe, czy powinienem przyjąć, że moje ostatnie lektury i rozmyślania na tematy dotyczące go bezpośrednio, były łowami? I czy to ja na niego polowałem, czy on na mnie?

Czy kiedykolwiek jadłeś pejotla? - to pytanie z XVIII instrukcji w języku coahuilteco dla spowiedników z Teksasu. Choć zapewne niewypowiedziane intencje były zgoła odmienne: Czy zostałeś zjedzony przez pejotla? Myślę, że to mieli na myśli biali księża i zakonnicy. I do dnia dzisiejszego nic się nie zmieniło w mentalności człowieka zachodu. Jednak, biorąc pod uwagę podejście jakie prezentuje konsumpcyjna cywilizacja (zeżreć, a później martwić się efektami), nie dziwi negatywna opinia, bo i efekty nie mogą być pozytywne.

Trip, zabawa, przygoda, chęć zaimponowania, głupota, nuda - negatywne przykłady można mnożyć. I dobrze, ku przestrodze trzeba podawać przykłady popadnięcia w obłęd, psychoz wszelkiej maści i tragedii, jaką niesie ze sobą brak świadomości i odpowiedzialności.

... Bóg w dom - to budzi szacunek, lęk i nadzieję. Przywitaj go i nie bądź nachalny. Niech się rozgości i poczuje jak u siebie.

Czyli gdzie?

Drzwi pozostają zamknięte.


niedziela, 9 listopada 2008

Z retoryki w erotyki


Z ponad otwartej czerwonej książki
starszy jegomość, może profesor
czyta uważnie włosy kobiety
stojącej przed nim

Z ponad otwartej czerwonej książki
starszy jegomość, może profesor
studiuje uważnie włosy kobiety
stojącej przed nim

Z ponad otwartej książki
czerwony jegomość, może profesor
studiuje uważnie włosy kobiety
stojącej przed nim

Z ponad otwartej książki
starszy jegomość, może profesor
zgłębia tajniki czerwonej kobiety
stojącej przed nim

Z ponad czerwonej książki
otwarty jegomość, może profesor
zgłębia tajniki włosów kobiety
stojącej przed nim

Z ponad czerwonej książki
starszy jegomość, może profesor
studiuje uważnie otwartą kobietę
stojącą przed nim

W czerwonej książce
starszy jegomość, chyba profesor
zgłębia uważnie otwartą kobietę
stojącą przed nim

sobota, 8 listopada 2008

Plama


Autor zdjęcia: Krzycho Torój

Pewnie w zamierzeniu miało być nieco inaczej. Cieszę się, że wyszło akurat takie, bo COŚ w nim/na nim jest. W obliczu obrazów, których głównym (i często jedynym) elementem jest kropka, a może tło ją otaczające, a właściwie otaczające nic, które jest tą właśnie kropką , musiałem zawsze kapitulować. NIE ROZUMIEM!!!

To się nie zmieniło. Nie rozumiem, ale to nierozumienie mnie fascynuje! Chciałbym zapytać autora: Aaae o so si choziii?! (czemu czuję się pijany? Niby wiem na co patrzę, ale nie potrafię wyartykułować). Iluż światłymi ideami można nasycić tę kropkę (lub tło)! No właśnie iluż? Nie za duże pole?

W każdej tajemnicy musi być COŚ, haczyk który zdradliwie wnika w naszą źrenicę, i który, im bardziej się szarpiemy z myślami, tym mocniej nas trzyma.

Problem w tym, że te kropki, tła, punkty nigdy mnie nie pochwyciły, żeby nie powiedzieć zachwyciły. Może pozachwyciły? Co za pole manewru! POzachwyciły, poZAchwyciły, POZAchwyciły! Chciałoby się krzyknąć za Archimedesem: WOW!

No właśnie. Zdjęcie Krzycha daje plamę! Ale, bynajmniej, nie plamę na honorze. Daje plamę-jamę, w którą wpadam i którą mam ochotę przejrzeć na wylot! Gołąb?! Nie... Może DUCH? W duchy nie wierzę! Dziura w dachu? Staw? Jest do góry nogami? Patrzę od góry czy od spodu?

Czy TO zdjęcie na pewno powstało przypadkiem?

środa, 5 listopada 2008

Sterylność antycienia


Dobrze kojarzy mi się żart "syna" Premiera o gabinecie cieniasów. Bardziej nawet niż jego pierwowzór. Bo bez cienia, to jak bez ręki. Pół świata nie do wglądu, zaś drugie pół sterylne (czyt. nienaturalne, nudne, płaskie, bezwymiarowe). Mój cień - nieodłączny przyjaciel, stróż mojej drogi. Cień odkrywa prawdę o świecie, której w pełnym blasku światła nie bylibyśmy w stanie znieść. To, co trzeba chowa za swoimi plecami, by nie raziło. Nie powiem, czasem bywa złośliwy. Szczególnie, gdy w najmniej oczekiwanym momencie wyciąga na światło to, co powinno (?) być zakryte. To, czego byśmy nie chcieli, by widzieli inni; byśmy sami widzieć nie chcieli. Taki jego urok.

Dziś jednak cienia się nie docenia. Świata się nie docienia. Światło jest przecienione - zmieszane, spłaszczone, w blasku własnym oślepia na sensy. Jak kiepski wiersz, dziś często miano dobrej fotografii zyskuje ta, która świeci, błyszczy, topi w sztucznej głębi wymiarów, jakiej ludzki wzrok bez pomocy techniki nie jest w stanie sięgnąć. Cień - zamazanie, ziarno, szorstkość, poruszenia, zamglenia - traci swą rolę. Z okładek pism patrzą na nas twarze bez skazy, bez jednego pieprzyka choćby. No, chyba że to twarz Cindy Crawford. Ciało jak folia, przemawia do masowego podglądacza, który, jak sądzę, nie zadaje sobie pytania czy taka właśnie jest rzeczywistość.

A nie jest taka. Jest gabinetem cieni. Zwierciadeł i cieni. Cieniasów, którzy nie lubią patrzeć sobie w oczy. Bo błędnie sądzą, że zwierciadło jest krzywe...


Koniec Bajki

wtorek, 4 listopada 2008

Zwierciadło


Czym jest fotografia? Nie jestem pewien. W moim odczuciu Zwierciadłem, choć gdy tylko to wymawiam czy piszę już pojawiają się we mnie wątpliwości. To tak, jak chwytanie TERAZ. Rzecz niemożliwa, bo to-Teraz na fotografii jest już tym-Kiedyś. Kiedyś myślałem, że fotografia to PAMIĘĆ. I tak jest, ale tylko w pewnym zakresie. Fotografia jest pamięcią, gdy oglądamy zdjęcia w albumie rodzinnym. To pamięć naszych bliskich. Ale co powiedzieć o fotografii krajobrazu w przeglądanym albumie, np. z Nowej Zelandii, gdzie nigdy nie byłem? Oczywiście, jest to czyjaś pamięć, z pewnością jednak nie moja.

Wydaje mi się, że ZWIERCIADŁO łatwiej zaakceptować, nawet w odniesieniu do fotografii wykonanej przez KOGOŚ-GDZIEŚ, w miejscu i momencie nam nieznanym. Chodzi tu o pewną ZGODNOŚĆ STANU (Ducha? Umysłu?). Wrażenie jakie wywołuje zdjęcie jest odzwierciedleniem tego, o czym myślimy, czego pragniemy lub co nas odpycha (!) - innymi słowy: co nam w duszy gra.

Być może dlatego, czasem podoba mi się zdjęcie tłumu, a czasem jakiejś konkretnej osoby. Nie tyle nawet podoba, co przykuwa uwagę. Nieraz zdziwiłem się, jak pozytywne wrażenie wywarło na mnie zdjęcie szarego, zaniedbanego miasta. Innym razem, z kolei, wywołując stan zniechęcenia, co powoduje, że zwracam się ku fotografiom natury.

Fotografia to zwierciadło. Kiedy patrzymy w oczy Innego mówimy, że są zwierciadłem duszy. Jednak w swoje oczy patrzeć nie możemy bez pośrednictwa kolejnego (materialnego) zwierciadła. Patrzymy zatem na odbicie zwierciadła, nie sięgając nawet koniuszka naszej duszy, która w tym zapośredniczonym spojrzeniu blednie i traci wyraz. Nasze oczy są zwierciadłem duszy dla kogoś, kto w nie patrzy. Choć nie zdziwiłbym się, gdyby było inaczej - gdyby nasze patrzenie w oczy Innego ujawniało nam naszą własną duszę. Patrzyliście kiedyś komuś głęboko w oczy, tak do Onieśmielenia? Do opuszczenia wzroku, bo dłużej już się nie da? Skąd to uczucie? Skrępowanie? Zakłopotanie? Czy te uczucia nie pochodzą z nas? Opuszczenie oczu może być przecież zwykłą reakcją na głos z naszego wnętrza. Inny ma z tym niewiele wspólnego. On jest tylko Zwierciadłem, które udziela nam, niechcianej tak naprawdę, odpowiedzi na pytania: kim jestem? czy jestem Piękny i Dobry? Pozostaje tylko opuścić wzrok...

Fotografia odpowiada nam na te pytania bezpośrednio; bez niewygodnej wiedzy Drugiego o nas; bez Oceny, lecz jednocześnie bez Wskazówki. Chyba, że jesteśmy na tyle silni (świadomi?), by samemu jej poszukiwać w obrazie...

Autor zdj: Paul Strand, Blind Woman


czwartek, 30 października 2008

Ekscytacja


Dziennikarze Radia 3 ekscytują się wyborami prezesa PZPN. Przez cały czas liczenia głosów gorączkowa atmosfera, połączenia z dziennikarzem znajdującym się na miejscu liczenia głosów. Dzwoni słuchacz z prośbą, żeby się tak nie ekscytowali, bo to nie jest sprawa życia i śmierci.

No i masz babo... Żal mi człowieka, u którego stan ekscytacji wywołany może być jedynie przez tak skrajne wydarzenia. Może to był psychopatyczny morderca? Powinienem to gdzieś zgłosić?

Ja, tymczasem, ekscytuję się (m. in.) takimi oto sprawami:

Żmija i Tornado

Ruchome piaski



Ktoś mógłby powiedzieć, że to też sprawa życia i śmierci. Z lekką przewagą tego drugiego...

sobota, 25 października 2008

Capa Press Photo


Długo zastanawiałem się nad tym, jak to w końcu jest z fotografią ukazującą ludzkie tragedie i nieszczęścia. Przyglądałem się nie raz nagrodom w World Press Photo dla zdjęć ukazujących ciała zabitych w atakach terrorystycznych, ofiar kataklizmów i innych nieszczęść. Cały czas czułem niesmak i dziwną niechęć do tego typu zdjęć, zaś o fotografach wykonujących je miałem nie najlepsze zdanie (zazwyczaj: sępy). Jak myśleć o osobach ujętych w kadrze nad ciałem martwego dziecka, które dla wszystkich było OBIEKTEM i nic więcej? Usłyszałem opinię, że to ich praca, że pokazują to, co się na świecie dzieje i że nie miałem nic przeciwko np. Robertowi Capie - fotografowi wojennemu - którego zdjęcia również ukazywały ludzkie cierpienie itd.

Coś mi nie grało, ale nie potrafiłem odnaleźć argumentu. Teraz chyba mam. Jaka jest różnica pomiędzy Capą a współczesnymi zdjęciami, które nie do końca mnie przekonują? Te drugie, mimo drastycznych treści, jakie są nam przekazywane, mówiąc brutalnie - nie dotyczą nas. Wojna na obrazach Capy była wojną nas wszystkich. Jeśli nawet nie uczestniczyliśmy w niej, to trudno znaleźć jakiś kraj, a w tym kraju rodziny, których ta wojna nie dotyczyła. To było wydarzenie totalne.

Dzisiejsze zdjęcia oglądamy z moralnym niepokojem, z wyrzutami sumienia i... na tym zazwyczaj się kończy. Jest to jakaś forma katharsis. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, że jeszcze nas stać na takie uczucia, że potrafimy współczuć ofiarom i jednoczyć się z nimi przeciwko oprawcom. Tyle, że na tym zazwyczaj się kończy. Uspokojeni wracamy do naszej codzienności.

Jesteśmy egoistami, którzy dla zaspokojenia własnej potrzeby sumienia, nagradzają obrazy pokazujące klęskę tych, którzy mają gorzej. Tylko wtedy jesteśmy w stanie usprawiedliwić kondycję w jakiej się znajdujemy.

Fotografie dzisiejszych lokalnych konfliktów, kataklizmów, wypadków, powinny być tak naprawdę przeznaczone dla osób w te wydarzenia zaangażowanych. Tylko wtedy spełnią swe głębokie i ważne przesłanie. Inaczej pozostaną pustymi treściowo obrazami, chwilowymi - a dzięki temu pożądanymi - wzbudzaczami sumień. Zdobywcami nagród.

piątek, 24 października 2008

Od-wzorowwanie po chińsku (Gombrich)


Każdy zna psy i konie, bo co dzień je widuje. Przestawienie ich podobizn jest bardzo trudne. Natomiast demony i duchy nie maja określonych form i nikt ich nigdy nie widział, toteż łatwo je tworzyć.
(stary chiński traktat o malarstwie)

: E. Gombrich, Sztuka i złudzenie.


Tak już chyba jest, że wszelkie koszmary przychodzą człowiekowi do głowy z lekkością, czy raczej zwiewnością typową dla ich konsystencji.

Oczywiście na tyle, na ile pozwalają im pobrzękujące łańcuchy...

środa, 22 października 2008

Industrialny Jezus


Krypta Ursusa sypie popiół na głowę
chodnik się zwinął
z takiego otoczenia
samotny lis
zachorował na samochód
i zdechł tuż na boku
- czyżby uczulenie na lakier?
stratowany przez konie
świateł ma pewnie dość

Industrialny Jezus nabrał miasta w płuca,
rozwinął ramiona
i skoczył na piwo do baru
dla wielu samotnych
pił
śpiewał
zasnął
ewangelizował pełną piersią -
cóż za styl!

poniedziałek, 20 października 2008

Jaguar Chrystus


Szybki znak krzyża
przed maską kościoła
miejsce za ołtarzem
dłonie na monstrancji
pięć cnót kardynalnych
plus jeden grzech główny
- pamiętaj! nie cofaj [się] przed niczym!
stado dzikich koni
wiedzie cię do światła

Jaguar Chrystus ruszył na zielonym
z piskiem opon
popędził ku zbawieniu świata
szybciej
dalej
więcej
ewangelizacja pełną parą -
cóż za elegancja!

poniedziałek, 13 października 2008

Młokos





Skosiłem go wiosną na wierzbie. Przyczaił się tak, że przez jakiś czas wpatrywałem się w drzewo przeczuwając, że coś jest nie tak. Gdyby ktoś mnie wtedy widział, to pewnie zobaczyłby nawiedzonego i przećpanego proroka, który wypatruje w korze rysów twarzy Mesjasza lub przynajmniej Świętej Panienki.

Niestety, kos mnie ujrzał w takim stanie, a w końcu i ja go dostrzegłem. Zrobiłem zdjęcie na czuja, żeby nie stracić motywu. Przez chwilę jeszcze łudził się, że go nie widzę, po czym odleciał na skos, na drugą stronę stawu.

niedziela, 12 października 2008

***


Czyż to nie dziwne? siedzę w domu, słucham muzyki indiańskiej, czytam o Irlandii a myślami jestem w Bieszczadach!

Albo schizofrenia albo mentalny kosmopolityzm. Niestety realnie jestem dupskiem zanurzony w fotel.

czwartek, 9 października 2008

Prezenty, marzenia i przekora


No proszę, jak mnie rodzinka zaskoczyła. Mój prezent urodzinowy! I to jaki! Kto by się spodziewał, że moje niezrealizowane (może to i dobrze?) marzenie będzie mnie dosięgać w tak nieoczekiwany sposób?!



Tak trochę na przekór siedzę sobie i słucham płyty Southern Exposure Alexa de Grassi. A i tak odpływam, gdzieś na Północ...



Obywatel Reporter


Podobno za mało się chwalę...



poniedziałek, 6 października 2008

Chciałoby się...




Pierwszy śnieg


Odkąd sięgam pamięcią zawsze wyczekiwałem pierwszego śniegu. Kiedy spodziewałem się go, wiele razy przemierzyłem szlak pomiędzy oknem a resztą mieszkania, żeby tylko nie przegapić tej chwili.

Dziś o godzinie 6.51 wyszedłem z mieszkania i momentalnie dotarło do mojej świadomości, że w tym roku coś się zmieniło. Tym razem nie ucieszył mnie przymrozek, a myśl z utęsknieniem wybiegła na spotkanie wspomnień lata. Czy możliwe, że to kwestia wieku? Bez ostrzeżenia, nagle przestałem wyczekiwać, a zacząłem przywoływać minione!

Mam ochotę zjeść kilka jagód prosto z krzaka i zasnąć zwinięty w kłębek w przytulnej gawrze. Nie zdziw się przyjacielu, jeśli odwiedzając mnie zastaniesz na drzwiach tabliczkę:

ZAMKNIĘTE! NIE BUDZIĆ PRZED WIOSNĄ - BĘDĘ GRYZŁ!

piątek, 3 października 2008

W drodze do miasta Łódź, cz. 2


Mostostal
Dacia
Radio Maryja
Renowacja kożuchów
Farby dla każdego


Fakt, miałem pomalować klatkę schodową...

Wyprzedaż -50%. Tego napisu chyba do końca nie rozgryzłem.

Głos z głębi autobusu: "... ale jeśli mówił to obiektywnie, to ok, a jeśli upierał się przy kwestii, która jest nieprawdziwa..."

Głos z boku: "Patrz jak się Kręglicka świetnie trzyma."
Gdzie?

*
Grób przy drodze. Niewielki. Może dziecko. Ciekawe czy takie miałoby ostatnie życzenie - być pochowanym przy drodze pełnej samochodów, które prawdopodobnie były przyczyną jego nie-bycia Dziwny obyczaj. Choć, tak na zdrowy rozsądek, pewnie jest pusty. Symboliczny.

Przyjmuję jeszcze lżejszą wersję, opartą na rzucającym się w oczy szyldzie wytwórni nagrobków znajdującej się kilkaset metrów dalej. To coś przy drodze zapewne jest reklamą w bardzo kiepskim guście. Choć nie było tam nagrobka tylko mogiła usypana z ziemi i płotek z krzyżem.

*
Wytrysk! W zamierzeniu właścicieli hurtowni ogrodniczej, to chyba miała być fontanna. Wyszło, jak wyszło (albo raczej: jak wytrysnęło).

*
Ktoś zostawił na chodniku kołowrotek z nicią kabla wpuszczoną do kanału. Podejrzewam, że pod spodem jakaś mityczna Babcia dzierga na drutach szalik. Puławy to naprawdę dziwne miasto. I jeszcze ten dinozaur pod hurtownią wędlin. Chyba nie będę się tam zaopatrywał...

*
Refleksja: odnoszę wrażenie, że niektórym ludziom komórka niezbędna jest do życia, inni natomiast zapominają o potrzebie zaczerpnięcia oddechu, przynajmniej raz na jakiś czas (patrz: głos z głębi autobusu). Ciesze się, że ja mam swoją wyłącznie do kontaktowania się od czasu do czasu. I to głównie ze mną niż przeze mnie.

*
W jeździe lądowymi środkami lokomocji najbardziej lubię otwarte przestrzenie, z ewentualnie majaczącymi na horyzoncie wierzchołkami dachów. Z drugiej strony, równie przyjazny jest mi widok lasu po obu stronach drogi, przede wszystkim w dzień słoneczny, kiedy plamy światła przedostającego się pomiędzy liśćmi pędzą przez las i rozlewają się po asfalcie oraz szybie pojazdu wpijając się w oczy i w umysł. Chłonę je z całą mocą!

*
Chyba nie byłbym dobrym kierowcą. Zbyt mocno lubię się zagapiać...

*
Knajpa Baba Jaga. Czy ktoś się domyśla czym oni mogą tam karmić?! Za moich dziecięcych lat chatę Baby Jagi omijało się szerokim kręgiem. Jednak wszystko płynie, jak powiedział Heraklit. Może dziś potrawka Jaś w marchewce, Marchewka w Jasiu czy Jaś w Małgosi, to zwyczajna rzecz...

*
Skup palet. Wszystko jasne, w końcu każdy z nas kiedyś pogrywał w ping-ponga...
Stryjeks, Peweks (!). Ciekawe skąd u Radomiaków takie zamiłowanie do eks...?

*
Zasnąłem. We śnie widziałem świętych z dowodami osobistymi stojących w kolejce.

czwartek, 2 października 2008

W drodze do miasta Łódź, cz. 1


27.09.2008

Ten rok już stracony. Kiełkujące zboża, dojrzewające zboża, pokotem leżące zboża. A ja w tym roku nic nie widziałem. Kiedyś zrywałem pojedyncze kłosy pszenicy, żyta, owsa i jęczmienia. Wyłuskiwałem z nich ziarna, które całą garścią wkładałem do ust i żułem.

Mógłbym być kimś innym. Być w innym teraz. Kasa, fura, dom. Ale nie jestem. Byłbym dobrą aktorską gębą od podstawiania głosów np. w kreskówkach. Dobrze mi wychodzi naśladowanie, a szczególnie dobrze naśladuję głos sumienia. Cały czas go słyszę, więc nauczyłem się małpować. W ogóle to słyszę wiele głosów, żeby było ciekawiej, wszystkie naraz. Jednak, wbrew pozorom, nie mam z tym większego problemu. Pewnie dlatego, że kiedy słyszy się wiele jednocześnie, to w gruncie rzeczy dociera tylko szum.

Jadę autobusem. Słyszę szum. Normalka.

Przez szybę świat wygląda szybko. Drzewa już złote, pola zaorane. A przecież parę chwil temu musiały być pełne zbóż. To też jakiś szum. Percepcyjny.


c.d.n.

czwartek, 25 września 2008

Ex-ekspert, czyli artyście wszystko wolno.


Nieopatrznie włączyłem w tym tygodniu dwa programy. Tzn. jeden z nich opatrznie. Tym jednym był program pani Drzyzgi Rozmowy w toku, poświęcony wywoływaniu duchów i konsekwencji z tym związanych. Kilka relacji, kilka wymysłów, a może prawdy - raczej się tego nie dowiemy. Nie to jednak było najciekawsze, lecz obserwacja, co działo się na widowni oraz w loży eksperckiej, w której zasiadała pani psycholog X.

Otóż na widowni bardzo donośny głos zabrała kobieta ze Śląska, którą oburzyły gadki o duchach i bytach niecielesnych, do tego stopnia, że zarzuciła "wierzącym", iż żyją chyba w plemieniu Zulu Gula Uga Uga (nota bene mnie nieznanego). Że dyrdymały, bzdury i w ogóle to ciemnota. Ktoś z publiczności zadał pytanie: w Boga pani wierzy? "Wierzę!". Ciekawe prawda? Nawet w kolejnej wypowiedzi zawołała święcie wzburzona "no, na Boga!" Natomiast o wiele bardziej interesująca była reakcja pani psycholog, która z czymś na twarzy, co wydawało się mieszaniną zażenowania, ironii oraz pobłażliwości słuchała udając, że bardzo chce zakryć swój szeroki uśmiech, śmiech niemal, przed kamerą i ludźmi, choć tak naprawdę wcale nie chciała.

Oczywiście nie mogła nie skwitować wszystkich opowieści, jako fantazji, efektu adolescencji, dorastania, dojrzewania, wołania o akceptację, ogólnie rzecz biorąc bzdur... Pani psycholog należała do tych zdecydowanie niewierzących. Nawet przez moment nie miałem wątpliwości, słuchając jej wypowiedzi, iż Boga nie ma. Ani nawet małego bożka. Nic, tylko dojrzewanie i dojrzewanie. I pewnie w większości miała rację... ale czy na pewno?

Drugi program, przyznaję, był z mojej strony poszukiwaniem taniej sensacji. Wywiad Kuby Wojewódzkiego z Marią Peszek. Nic nie mam do Wojewódzkiego, lubię śpiewanie Peszek, ale jej wypowiedzi niemuzyczne, jak się okazało, są również dość ciekawe. Może nie do końca cytaty, ale sens kontrowersyjnych tez starałem się zachować:

1. Jestem artystą i wszystko mi wolno.
2. Nie tracić czasu na banie się.
3. Czas na radość. Poza życiem nic nie ma, więc radość jest "cielesna".
(Chyba można dodać "tylko" przed cielesna)
4. Moich piosenek mogą słuchać dzieci.

Nie oburzyły mnie ani zbulwersowały wypowiedzi Marii Peszek. Potraktowałem je, jako ciekawostkę dla ćwiczenia umysłu. Było jeszcze kilka interesujących wypowiedzi w duchu... to znaczy w sensie np. nie postępuję zgodnie z dekalogiem, bo u mnie w domu nie był on "przestrzegany", teraz uświadamiam ludziom, że jest tylko ciało. Oczywiście przez małe c... a może przez duże? Fakt, że w Polsce ta sfera naszego życia niezbyt mocno jest akcentowana, więc może warto by tak z dużej literki przywalić?

Z tym słuchaniem przez dzieci jednak się nie zgodzę. Jeśli są kontrowersje związane z religią w szkole i wielu ludzi nie chce, by ich pociechy męczyły się z tym przedmiotem w tym wieku, to myślę, że przegięcie w drugą stronę też nie byłoby dla nich dobre. Może nawet bardziej niedobre niż religia. Na seks będą miały czas - w końcu łatwiej go sobie przyswoić, niż naprawdę kontrowersyjne i trudne do pojęcia prawdy wiary.

wtorek, 23 września 2008

Prorok


Spotkałem proroka. W sierpniu. Byliśmy z Krzychem w skansenie i ujrzeliśmy go. Stał nieruchomo, zapatrzony w gęsi i łabędzia.


Krzycho pewnie nie słyszał, ale prorok powiedział coś niewyraźnie. Udało mi się zanotować końcówkę: "... kości wasze ogryzać będą bobry, a ogonami uklepią mogiłę..." To wszystko, jeśli chodzi o spotkanie z wieszczącym.

Prawdopodobnie zwracał się do gęsi i łabędzia, bo przyglądał im się bardzo intensywnie, nieruchomo niczym posąg...

poniedziałek, 22 września 2008

Aura


Co za pogoda... Nic tylko usiąść w jakimś zagubionym w górach schronisku przy gorącej herbacie i gapić się przez okno...



Tak sobie myślę, że dziś chyba nawet bieszczadzkie anioły drzemią w stodołach, zagrzebane po uszy w sianie ...

czwartek, 18 września 2008

Finał konkursu


Tak się w życiu dziwnie układa, że czekamy na coś, wypatrujemy, a kiedy nadchodzi - nie zauważamy. Pół biedy, gdy sobie tego nie uświadomimy...

Właśnie odczytałem maile na koncie Wirtualnej Polski. Okazało się, że w sierpniu pisali do mnie z Gazety Wyborczej w sprawie publikacji mojego konkursowego zdjęcia.


Myślę, że nie mogło być inaczej. Kiedy sobie uświadomiłem w trakcie konkursu, że przysłano ponad 100 000 zdjęć, z czego moich było chyba 9, może 12, poczułem bezsens całego przedsięwzięcia. Powiedziałem do siebie: zasady są beznadziejne, w takiej ilości łatwo o przegapienie naprawdę genialnego ujęcia, więcej nie wysyłam. No i nie wysłałem.
Tymczasem, otrzymałem maila z prośbą o zgodę na publikację. Gdybym tylko pamiętał, że podawałem adres, który traktuję jako rezerwowy - przychodzą mi tam jakieś subskrypcje itp.

Daje do myślenia, prawda?

No cóż, mam nauczkę: jeśli decyduje się na udział w konkursie, nie mogę spychać tego faktu na margines, na adres rezerwowy...

piątek, 12 września 2008

Miniatura (miniamamuta) rymowana


przestałem myśleć -
teraz pozwalam światu wymyślić mnie od nowa,
przestałem szukać prawdy -
niech ona mnie odnajdzie, jeśli jest na to gotowa,
przestałem być a zacząłem bywać -
bytu sprawa, by teraz po części mnie odkrywać

czwartek, 11 września 2008

04.09.2000 - 11.09.2001


Rok przed zamachami stałem pod WTC i podziwiałem ich ogrom. Było to 4 września 2000 r. Razem ze znajomymi robiliśmy sobie zdjęcia. To, które najbardziej utkwiło mi w pamięci, przedstawia nas na tle WTC. Pochylamy się nad kolegą, który położył się na ziemi, żeby za naszymi roześmianymi gębami objąć także szczyty wież i piękne, bezchmurne niebo. Złotą kulę, która tkwiła za naszymi plecami pokazywałem później rodzinie i znajomym na zdjęciach w prasie, obrazujących zniszczenia. I McDonald's, gdzie musieliśmy zajrzeć za potrzebą, bynajmniej, nie związaną z konsumpcją.


Ale to zupełnie inna historia.

Rok później brat krzyknął do mnie: WŁĄCZ TVN! ZAMACH W USA! Przez cały dzień siedziałem zszokowany gapiąc się w ekran. Na początku w ogóle do mnie nie dotarło, że to wiadomości na żywo, pomyślałem, że znowu jakaś katastroficzna wizja amerykańskich scenarzystów. Relację oglądałem od momentu, gdy już płonęła pierwsza wieża. Później przychodziły informacje o drugiej i kolejnych porwanych samolotach.

Kiedy emocje ze zmęczenia trochę opadły, pomyślałem o zdjęciach, o tym, że rok temu tam byłem, że nie wjechaliśmy na wieżę, choć nosiliśmy się z takim zamiarem, że na ulicach Nowego Jorku stały wielkie, rzeźbione krowy i pogoda była wspaniała. Kanały parowały jak na filmach a Broadway wyglądał pomiędzy drapaczami chmur jak ścieżka, kiedy się patrzyło z samego krańca...

Mimo, że nie znoszę wielkich miast a moja wizyta w Nowym Jorku z konieczności trwała tylko jeden dzień - jedno muszę przyznać: to miasto ma klimat! Uważałem tak wtedy, na gorąco, i uważam tak w dalszym ciągu, pewnie trochę przez sentyment.

Ale przecież to głównie on sprawia, że jakieś miejsca czy wydarzenia, po pewnym czasie wciąż mają klimat, prawda?


PS. Do dziś nie mogę sobie darować, że nie wziąłem aparatu. Wypominam sobie, że nie kupiłem jednorazowego, choć kosztował, o ile się nie mylę, ok. 8$. Dlaczego? Bo ja wiem... A koledze podobno zaginęła jakaś rolka filmu.

wtorek, 2 września 2008

Tygrys śpi (kaliber 27)


Strzał!

Tygrys padł.
Żyje i będzie bezpieczny - wartość życia dostrzegł ten,
który życia nie swego nie ceni
chroniąc życie tych, co nie byli zagrożeni

Śpij spokojnie, śpij
ty jedyny mój poddany
kładziesz mnie na łopatki,
więc żyj.

Nie zagrażasz mi,
a twoja ziemia do mnie należy,
więc łaskę moją znaj

Inne tygrysy niech się martwią,
Kiedy rykiem zburzę ich sen

czwartek, 21 sierpnia 2008

Igrzyska 2008


Złoty medal dla Chin: ok. 140 demonstrantów zastrzelonych za jednym zamachem w trakcie pokojowego marszu. Ile rekordów jeszcze pobiją? Igrzyska wciąż trwają, jeszcze mają szansę na podium, np. w ilości głów roztrzaskanych kulami w trakcie jednej ceremonii na stadionie.

Zastanawiałem się któregoś razu, czy te stadiony na których odbywają się obecne zawody sportowe były już chrzczone.

Piękna olimpiada, nie ma co... Koreanka płacze z powodu brązowego medalu. Bynajmniej, nie jest to płacz radości, czy nawet sportowej złości. To płacz z powodu rozczarowania, jakie przeżywa z jej winy naród koreański! Zawiodła swój kraj i uciekała przed obowiązkowym wywiadem dla mediów. Chińscy kibice w czasie meczu badmintona (!) krzyczą z trybun "kill, kill".

I zabijają... Tylko trochę dalej. Na południu.

Cieszmy się z medali. Naszym prawem jest wierzyć, że można uczciwie i bezkrwawo być najlepszym. Pamiętajmy jednak, że nie wszystko złoto...



niedziela, 10 sierpnia 2008

Zbrodnia i kara


Niedługo ukażą się filmy i nagrania "dokumentujące" ludobójstwa Gruzinów na ludności Osetii. Będą filmy, na których zobaczymy uzbrojonych po zęby i zamaskowanych bandytów zabijających na ulicach setki ludzi. Mordujących bez najmniejszego oporu starców, kobiety i dzieci. I będziemy przez rosyjskie media zależne informowani o tym, że te zbrodnie zostaną pomszczone.

I nikt w zależnych mediach, nikt z kręgów rządowych nie będzie wspominał o tysiącach cywilów ginących w czasie snu we własnych mieszkaniach bombardowanych przez eskadry rosyjskich samolotów, nikt nie pokaże nam ludzi umierających na ulicach gruzińskich miast, bo Gruzja nie będzie miała środków i możliwości, żeby światu ukazać ogrom nieszczęścia jaki na nią spadł. I będzie ginęła jak Czeczenia.

Czeczenia. Putin zawsze powtarzał światu: Czeczenia to wewnętrzna sprawa Rosji. Nie wtrącajcie się! To kwestia integralności naszego państwa. Dziś integralność Gruzji, to dla niego nie jest problem. To znowu sprawa Rosji. Wszystko to sprawa Rosji. Hitler też twierdził, ze wszystko to sprawa Rzeszy. Stalin - Związku Sowieckiego.

Wychodzi na to, że cały świat to dziś sprawa Rosji. Rosja poucza innych, że nie powinni wtrącać się w sprawy innych narodów. USA ma dać spokój Irakowi, Polska nie powinna się wtrącać w sprawy Ukrainy itd..

Tylko Rosja ma prawo. Do wszystkiego.

Miedwiediew ma argument: Gruzję trzeba przymusić do pokoju. Tak, i dokona tego Rosja wybijając Gruzinów do nogi. W miastach, w mieszkaniach, we śnie...

środa, 6 sierpnia 2008

Zagubiony obłok





Tego dnia wiał silny wiatr. Robotnicy remontujący dom naprzeciwko mojego balkonu zawiesili na antenie folię. Nie mam pojęcia czemu miało to służyć. Mnie kojarzyła się z kapitulacją lub duchem, który w pędzie ku straszeniu zagapił się i zaczepił o druty. Jednak w tytule zdjęć uwieczniłem to najbardziej oczywiste skojarzenie.

Druga folia oplatała wyniesioną na taras szafę. Żywo łopotała na wietrze, jednak nie było szans na ciekawe ujęcie z powodu wysokości tarasu oraz jego poręczy.

piątek, 25 lipca 2008

Konkurs


A co? Biorę udział. To jest ciekawe, że im więcej człowiek ma zdjęć w swoich zbiorach, tym mniej znajduje tych, które warto komuś pokazać. W każdym bądź razie ja tak mam. Zawsze miałem opory przed konkursami, bo zawsze to-nie-jest-TEN-czas, co w wolnym tłumaczeniu powinno się odczytać jako: NIE MAM DOBRYCH ZDJĘĆ!

Na Smereku

Nie wiem czy to kolejna przekreślona szansa na Bycie-Gdzieś-Indziej czy coś innego powoduje u mnie nastrój sentymentalno-refleksyjny. W TV piosenka Presleya You were always on my mind. Ciągnie mnie, jak co roku, do Mrągowa, Giżycka, na Bieszczadzkie Anioły i na Shanties do Krakowa.

A zdjęcie jest właśnie nośnikiem tych chwil i tych miejsc Gdzie-Byłem i Gdzie-Chciałbym-Być-Ponownie... Lub przynajmniej uczuć związanych z byciem gdzieś, gdzie chciałoby się być. Można powiedzieć, że istnieje analogia.

środa, 23 lipca 2008

Patrzeć, żeby widzieć.


Dziś nie widziałem lwa! Myślę, że normalnie to nic dziwnego. Sądzę, że nikt z mieszkańców naszego miasta czy kraju, o ile nie pracuje w zoo, nie widzi lwa. Jechałem sobie autobusem i spojrzałem w kierunku Starego Miasta. To co mi się rzuciło w oczy, to brak kamiennego lwa na wzgórzu pod zamkiem. "O, zabrali go - pomyślałem - pewnie będzie renowacja". Bo to przecież takie normalne, że do renowacji zabiera się pomnik z miejsca, w którym stoi. No, ale to była pierwsza myśl. Jednak umysł się nie poddał i zaczął gorączkowo za pomocą oczu poszukiwać brakującego elementu krajobrazu. Okazało się, że jest na swoim miejscu, a ja szukałem go o parę metrów od jego miejsca. Stał na tle jasnego budynku, więc go kątem oka nie zobaczyłem, co wprowadziło umysł w błąd. Na szczęście umysł, nie w ciemię bity, rozpoczął poszukiwania na własną rękę i znalazł. To dobrze. Jeszcze ze mną nie jest źle.

Trzeba patrzeć, słuchać, mówić uważnie. Trzeba patrzeć, żeby zobaczyć; słuchać, aby słyszeć; mówić, gdy ma się coś do powiedzenia. Bardzo łatwo jest samego siebie wprowadzić w błąd.

Może poza polityką - tam, to wszystko dzieje się celowo.

wtorek, 22 lipca 2008

Nomów Księga Wyjścia


"Poza tym uważał, że jeśli myśli się wystarczająco intensywnie, powinno się samemu rozwiązać wszelkie problemy. Choćby wiatr - zawsze dziwiło go, skąd się bierze, dopóki nie zrozumiał, że wywołują go kołyszące się gałęzie drzew"
Terry Pratchett

piątek, 18 lipca 2008

Hola!


Dużo upłynęło wody od ostatniego wpisu. Nie wiedzieć czemu, czuję się za ten stan rzeczy odpowiedzialny. Niniejszym dokonuję wpisu.

Alcala de Henares - miasto bocianów. Niemal na każdym kościele bocianie gniazda. Bociany nocują stojąc na metalowym krzyżu na szczycie kościelnej wieży. Stoją na czubkach wysokich drzew. Kołują nad głowami. Gdyby tak było w czasach Miquela de Cervantesa, to obawiam się, że Don Quijote nie z wiatrakami by walczył.


Byłem na południu. O wschodzie, w południe, o zachodzie i o północy. Chcąc być dokładnym powinienem dodać, że równo przez tydzień. I muszę przyznać, że łatwo jest polubić również południową stronę życia. Właściwie trudno stwierdzić jednoznacznie, jaka jest owa południowa strona życia, ponieważ życie najintensywniej dzieje się tam od zmierzchu do świtu. Na czas siesty ulice puste, bary wymarłe, sklepy pozamykane (przeważnie). Za to, gdy słońce osuwa się za horyzont, zaczyna się dziać. Dzieje się intensywnie, hałaśliwie i wesoło niemal do rana.


Sigüenza - Trzy staruszki siedzące na ławce i rozprawiające o wydarzeniach ostatniego dnia powoli zbierają się do odejścia... Schodzą powoli... Wraz ze słońcem... Uliczką wiodącą do średniowiecznej katedry, gdzie bary, knajpy, restauracje porozstawiały na całej długości ulic i szerokości chodników stoliki. Babcie wiedzą co dobre.

Buenas noches!

czwartek, 26 czerwca 2008

Północ - Południe


Ciekawe uczucie posiadać dwa bilety lotnicze w dwa przeciwne zakątki Europy. I tylko jeden mogę wybrać. Na jednym lecę dzień wcześniej na południe, zaś gdybym chciał na północ leciałbym później (o cały dzień), ale za to taniej.

A zawsze ciągnęło mnie na Północ. Teraz znam nawet swoje miejsce - 06D! Bardzo lubię Norwegian. Kojarzy mi się tak północnie.

Ale lecieć będę Iberią na południe. Nie znam swojego miejsca. Klasa ekonomiczna, lunch. Ach, i 3,5 godzin lotu. A na północ tylko 1,45! Nad samym Bałtykiem 15 minut!

Pozytyw jest taki, że będę w mieście Cervantesa, może natrafię na jakiegoś Don Kichota? Może sam rzucę się na jakiś wiatrak... W takim upale (dziś ponad 40°C) to całkiem zwyczajna rzecz być Don Kichotem...

Ps. Lecąc na Północ widziałem kiedyś burzę od góry...

wtorek, 24 czerwca 2008

Noc Świętojańska i sztukmistrz


Działo się. I to wcale nie na boisku w dalekiej Austrii, ale u nas, na Starówce. Nikt piłki nie kopał, choć piłek było dużo i wszystkie w powietrzu. Maczugi, ognie... I koncerty. Co prawda, dane mi było słyszeć tylko Czeremszynę, ale w tym przypadku powiedzieć "tylko", to powiedzieć "wystarczająco wiele". Magiczne głosy ludzi i instrumentów zabrały nas na kilkadziesiąt minut do innego świata. Inaczej, do tego świata tylko kiedyś indziej i gdzieś indziej. Trochę żal, że nie słyszałem Shannon, może klimat nie był ten. Przyjdzie czas w Samhain albo Beltaine...

Było tak magicznie, że aparat wydał mi się czymś nie na miejscu. Nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. I jakoś mi nie żal. Było pstrykaczy co niemiara a ja nie miałem ochoty. I już.

Za to na drugi dzień (niedziela) zrobiłem kilka zdjęć, bo jakże miałbym nie zrobić? W końcu nie co dzień można ujrzeć Jaszę Mazura w niewłasnej osobie. Występ krótki, jak lina zawieszona na Placu Po Farze. Może mało mu za występ zapłacili... Ale mógł, choć przez sentyment, coś więcej. Ja liczyłem na salto do tyłu.


A w TV nareszcie zamiast meczu kultura wysoka... Mniej więcej dwupiętrowa.

czwartek, 19 czerwca 2008

Platon wielkim poetą był...


Jakoby on. Tak pisze Diogenes, o rzekomym autorze pewnych wersetów, czyli Platonie. Ale jeśli to on...

***
W gwiazdy wpatrujesz się, mój Astrze! Obym niebem się stał
i tysiącem oczu mógł spoglądać na ciebie!

***
Kochankę mam Archeanassę z Kolofonu,
u której w zmarszczkach jeszcze ogień płonie.
O nieszczęśnicy, którzyście w młodości
pierwszą ją pokochali! Przez jakie przeszliście męki!


***
Całując Agatona, na wargach duszę miałem:
przybyła tam cierpiąca, jakby odejść chciała.


***
Jabłkiem rzucam w ciebie. Jeśli szczerze kochasz,
dając znak zgody, weź je i oddaj mi dziewictwo swoje!
Jeśli zaś sądzisz, że to niemożliwe,
przyjmij jabłko i patrz, jak szybko mija piękność.


***
Jabłkiem ja jestem: rzuca mną ten, kto kocha ciebie!

***
Cypryjska bogini tak do Muz powiada: "Dzieweczki,
czcijcie Afrodytę, bo ześlę na was Erosa!"
Muzy do Cyprydy: "Zachowaj groźby swe dla Aresa,
bo do nas to pacholę nigdy nie doleci".


***
Złoto znalazłszy porzucił ktoś stryczek, a inny,
nie znalazłszy złota, na znalezionym powiesił się stryczku.


No i jak? Ładnie. Pomyśleć, jak później tępił poetów. Resentyment?

wtorek, 17 czerwca 2008

Czy istnieje moralność...


Kontrowersyjne?

Kiedyś kolega z liceum napisał artykuł, który mimo mojej jeszcze wtedy dość miernej wiedzy filozoficznej uznałem za absurdalny. Nosił tytuł "Czy istnieje moralność w świecie zwierząt?". My ludzie mamy tę niewątpliwie szkodliwą cechę, że cały świat chcemy widzieć ludzkim. Antropomorfizujemy wszystko, co tylko zdołamy sobie wyobrazić. Czy jabłko, które spadło na głowę Newtona (wydarzenie mityczne) lub cegła, która spadła na moją głowę (wydarzenie legendarne - w mojej opinii) miały chęć wzbudzenia umysłu lub uszkodzenia go? Czy to, że po cegle została mi szrama, z powodu której sterczą mi włosy, było jej zamierzeniem?

Może tytuł powinien brzmieć "Czy człowiek może moralnie oceniać czyny (albo raczej działanie) zwierząt?". Jeśli zwierzęta są (lub nie) moralne, to człowiek ugryziony przez psa może dochodzić swoich praw przed ludźmi, ale pies uderzony przez człowieka powinien móc postawić go przed sądem złożonym z psów i skazać np. na ugryzienie przez psa-kata.

Absurdalne?

Szczując kogoś psem nie my jesteśmy winni - przecież pies wiedział co robi...

Wygodne?

Zatem... Czy istnieje moralność w świecie ludzi?

Łabędź w cieniu jaskini


Czy, gdyby Platon nie był szeroki, wpadłby do jaskini? A może stałby się cieniem swego dziadka Aristoklesa? Któż to wie...

Może nie spotkałby wtedy Sokratesa i poznalibyśmy jego tragedie? Ciekawe czy byłyby tragiczne i czy dlatego nauczyciel odradził mu zajmowanie się tą dziedziną?

Los wiedział swoje, dlatego zesłał łabędzia na kolana Sokratesa.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Paralatanie, parapływanie


Człowiek potrafi całkiem zgrabnie naśladować świat zwierząt. Potrafimy chodzić (to oczywiste), ale potrafimy także skakać, wspinać, czołgać się (pełzać), co bywa umiejętnością wręcz niezastąpioną i wcale nie tak łatwą, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Niektórzy potrafią nawet pływać! Tak, tak - pływać!

Jednego tylko natura nam nie podarowała, jakby przeczuwając, że więcej złego niż dobrego może ją przez to spotkać z naszej strony. Nie pozwoliła nam fruwać. Mamy maszyny, które nas unoszą, ale sami z siebie... Nie ma szans.

I cieszy mnie to. Jest jakiś punkt zaczepienia dla marzeń i snów. I obrosło latanie, fruwanie, unoszenie się potężną symboliką. Bo jakoś musimy sobie przecież wytłumaczyć, że nie możemy...

Ale wczoraj widziałem spełnienie marzenia. Dokładniej, to czyjeś spełnienie czyjegoś marzenia. Widziałem istotę, która połączyła w sobie to, co jest nam dane, czyli umiejętność pływania z tym, co nie jest nam dane - lataniem (oczywiście - wspomaganym, bo inaczej mówiłbym o cudzie bardziej, niż o spełnieniu).


Gondola jest, tylko gdzie wiosło?

Oczywiście, to było para-pływanie - takie w mlecznej przestrzeni.