niedziela, 25 grudnia 2011

Mój Lublin

"Mój Lublin zaczął się na Lubartowskiej 21, prawdopodobnie dlatego, że tam się urodziłam, spędziłam dzieciństwo i młodość aż do 1939 roku, kiedy Niemcy zajęli miasto. Po połączeniu ulicy Nowej z Lubartowską mój dom otrzymał numer 47 [...]"
Róża Fiszman-Sznajdman, Mój Lublin.
 Mój Lublin w pewnym sensie również tam się zaczął. W tym domu, tuż po wojnie (może nawet w 1945) zamieszkał dziadek i urodził się tata. Mój Lublin, w sensie dosłownym, zaczął się na Kowalskiej. Wszystko w jednym i tym samym kotle.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wizyta u szamana

National Geographic. Program pod tytułem: Wizyta u szamana.

Bohaterka Judith, chora na astmę. Według szamanki, u której jest z wizytą (plemię Shipibo, prowadzący program, itp.), na astmę pomaga specjalna dieta rybna. Okazuje się, że jedną z owych ryb jest kajman. Judith nie wypije jego tłuszczu, ponieważ jest uczulona na ryby...

Oczywiście, dramaturgia programu wzrasta. Judith pokazana w swoim lokum pryska aerozolem antyowadowym (pierwszy raz wyjechała z USA).

Sytuacja się rozwija, prowadzący jest zawiedziony jej postawą. Ja nieco jej wiedzą. Zobaczymy co będzie dalej.

Teraz kontuzjowany bokser. Czy podda się kuracji tytoniowej?! Sportowiec. Wielkie wyzwanie. Napięcie niemal u zenitu... Poddał się

Czy to placebo? Prowadzący ma kolejne zadanie. Węże. Szczególnie niebezpieczne te ze skrzydełkami. Czasami ich nie widać.

Ciąg dalszy, kiedy uda mi sie obejrzeć powtórkę, ponieważ musiałem przerwać oglądanie.

niedziela, 18 grudnia 2011

2010 Byłem tu (Stary Rok)

Wygląda na to, że na ten rok wyjazdy się skończyły. Po tak intensywnie wędrującej jesieni, trochę ciężko się przestawić. Zwłaszcza, że klimat na dworze przywodzi na myśl wczesne przedwiośnie. Jest coś specyficznego w zapachu drzew i mokrej ziemi, czego nigdy nie czuję jesienią, a zawsze pod koniec zimy. To specyficzne uczucie znika, gdy ostrzej powieje wiatr.

*

Trzeba kupić jodłę. Rok w rok mam problemy z motywacją w tym zakresie, więc na wszelki wypadek obiecałem Lence, że choinka będzie. Obietnicy w odniesieniu do "klepania" bałwana na razie spełnić nie mogę, to niech sobie przynajmniej stłucze jakąś bombkę.

*

Jak co roku nie chce mi się świąt. To trochę egocentryczne (w końcu każdy ma swoje urodziny, zatem i na moje, jak zwykle nadejdzie pora), a jednak męczy mnie myśl o tych wszystkich ceregielach przed oraz w trakcie. Nie wspominając, że "po wszystkim" nadchodzi zbyt szybko.

*

Nowy Rok. Co roku to samo. Od 35 lat. Czy nie ma prawa się znudzić? Wieczny powrót tego samego: fajerwerki, życzenia, i kolejny rok.

Zawsze bliższy memu sercu był stary rok: Lynyrd Skynyrd, The Allman Brothers Band i po prostu The Band...

*

A niedźwiedzie dostają szajby, bo niby spać trzeba, ale jak tu spać skoro zielono dokoła? Kiedy będzie czas przewracania na drugi bok?

sobota, 17 grudnia 2011

wtorek, 13 grudnia 2011

Wujek Janek

Dziwne uczucie. Są ludzie, którzy po prostu są, zawsze. Od kiedy człowiek pamięta. Są ludzie, których nie może nie być, zaś wiadomość o ich odejściu wydaje się być sennym majaczeniem. Czymś nierealnym do bólu. Są ludzie, którzy, mimo iż oddaleni o tysiące kilometrów, mają wpływ na kształtujące się marzenia, determinują wybory życiowe i pasje.

Wujek Janek (John) był takim człowiekiem. Od kiedy pamiętam. Każda jego wizyta w ojczyźnie i pobyt wśród rodziny były wydarzeniami, które skupiało nas wszystkich wokół myśli, że znowu jest z nami. Wulkan pozytywnej energii i dobroci.

Z wiekiem coraz bardziej schorowany, coraz rzadziej powracający, a jednak myślami zawsze wśród nas. Pamiętał o wszystkich. Do końca.


Wiadomość dotarła dziś w nocy.
Już nie będzie tak samo. 


czwartek, 8 grudnia 2011

Powrócenie

Jestem powrócony. To coś jak nawrócenie, tyle, że w tym ostatnim wybrzmiewa coś niedokończonego, jakaś przerwana podróż, niedoszła przygoda. Powrócenie zakłada jakieś spełnienie, przybycie na nowo skądś, dokąd już się dotarło. Ogólnie rzecz biorąc, mnie podoba się być powróconym.

niedziela, 4 grudnia 2011

Noc w drodze

Siedzę w motelu. Wszyscy dokoła śpią, a ja siedzę. W TV Ostatni sprawiedliwy (gdzie nie spojrzysz, panie, polityka!). Rzucam przelotne spojrzenia w telewizor słuchając jednocześnie Whipping Post. Czas płynie nieubłaganie, a ja siedzę i słucham. I śnię, że położyłem się spać i śnię, że siedzę i słucham...

Sarna, która wczoraj na jakiejś bocznej drodze wyszła, by popatrzeć jak sobie radzę w jeździe górskiej, wciąż wwierca mi się w umysł wielkimi oczami. Spokojnie stała na poboczu, gdy ją mijałem. Egzamin zdany?

czwartek, 1 grudnia 2011

Myszołów II - Wieczny Powrót Tego Samego

No i stało się! Jestem prześladowany, ja się tak nie bawię i w ogóle! Wracam sobie z Warszawy, dziecko śpi w foteliku, piękna pogoda... I nagle szum skrzydeł, łopot, pisk i... No, prawie... Znowu mnie przeleciał myszołów przed szybą. Oczywiście inny, w zupełnie innym miejscu i zupełnie inaczej. Trochę ciężkawo, ale jednocześnie bardzo zgrabnie (ciekawa figura...). I tak sobie przeleciał i tyle go widziałem. Był tak blisko, że mogłem dojrzeć jego oczy! Niesamowite.

Wniosek sam się nasunął (bystry może nie jestem, ale co zrobić): Na asfalcie leży tyle padliny, że dla takich niewybrednych drapieżców (ktoś zna wybrednych? Nawet człowiek nie świnia - wszystko zeżre) będzie wyżerka na całą zimę! Niedługo będziemy mieli w kraju osobniki wyspecjalizowane w sprzątaniu asfaltu. To z kolei, w znacznym stopniu może przyczynić się do zmniejszenia liczby wypadków, ponieważ kierowca nie będzie musiał przy 140 kaem na ha omijać padliny, by uderzyć w rowerzystę!

A rowerzysty i tak myszołów nie ruszy... Kierowco, nie warto!

APELUJĘ DO KIEROWCÓW: Pomóż drapieżnikom przetrwać zimę. Widzisz gryzonia - nie hamuj! Widzisz padlinę - nie rusz rowerzysty!

Ojej, poniosło mnie...

PS. Poluję na rower. Taki do jazdy po lesie...