niedziela, 28 października 2007

Zmiana-z-czasem


wódka niedopita
zastała mnie jesień
o godzinę zbyt wcześnie
zaskoczyła mnie
ta nagła zmiana czasu
bo ja wciąż wczorajszy

a świat tak jakby
trochę przede mną
i pędzi szaleńczo do jutra

gonić trzeba
by go dogonić
i załapać się na odjazd
porannym ekspresem
ale bez biletu
bo ja w sen dopiero zmierzam

i oby sen zakończył się
niezbyt szybko
bo mnie nie spieszno jeszcze
a już dzień nowy
nowa nastaje noc
nim zewrę powieki i nim otworzę
całe miesiące mijają
dni szaleńczo nikną
a ja gdzieś się zawieruszyłem poza

kieliszek niepusty
i myśl do połowy pełna
że może warto by coś jeszcze

środa, 24 października 2007

Karmaniola

Nosi się we mnie i zanosi się na to, że się wreszcie donosi. Zwierzęca wściekłość... Na ciężkich idiotów nazywanych w mediach turystami (!). Niestety równocześnie nosi się we mnie melodia w żaden sposób nie pasująca do sytuacji. A może?

Sześciu zjednało się w ponurym dziele
Dłoń pewna, chociaż szczęki tchórzem drżące
Chcąc zabić bestię obudzili bestie
Ciemne wnętrza dusz ich trawiące

Już władca leży w tym potoku martwy
Owinięty kożuchem cierpienia
Nie zdołał dostrzec swoim ufnym wzrokiem
Jak ciepła dłoń w zimny kamień się zamienia

*
I tyle... Na chwilę.

niedziela, 21 października 2007

?

a gdyby tak...?
z myśli moich wycieka
znak zapytania

a gdyby tak...?
myśli tej bat chłoszcze
zimną jesienną noc

a gdyby tak...?
noc kuli się
w ciepłych ramionach żula

a gdyby tak…?
noc szuka schronienia
w pustych oczodołach ociemniałych latarń

a gdyby tak…?
noc umyka tchórzliwie
płaszcząc się przed jasną odpowiedzią świtu

żul obejmuje czule szyjkę swej kochanki
pod całodobowym sklepieniem

O czasie...


Od kilku dni zauważyłem u siebie dziwne zafascynowanie (zapalenie?) zegarkami. Z tym, że nie prawdziwymi – z krwi i kości lub, żeby było bardziej jeszcze adekwatnie, z trybów i sprężynek – lecz zegarkami wirtualnymi. Jakby tego było mało, nie zegarkami cyfrowymi, ale analogowymi. Wyszukuję w Internecie różnego rodzaju programy typu „desktop” symulujące zegarki analogowe. Nie rozumiem jeszcze o co chodzi w tym wszystkim, choć mam pewne podejrzenia…

Mam mało czasu tak mało jak piachu
W dziecięcej garści nad rzeką
Zwieram powieki zatrzymać obraz
Co z moich wspomnień ucieka

[...]

Biegnę wciąż biegnę przed siebie w siebie
Tęczę rozgarniam rękami
Letnim upałem wytrzeć do sucha
Spotniałą wilgotną pamięć

Wojtek Bellon, Piosenka o zajączku

sobota, 20 października 2007

Istota rzeczy


Czüeh Yin, buddyjski mnich żyjący w okresie Yüan, powiedział: "Przy silnym wzruszeniu, gdy serce czuje się zgnębione, trzeba malować bambusy. Orchidee maluje się z duszą pogodną, jako że liście ich sprawiają wrażenie unoszących się w powietrzu lub fruwających. Ich pączki otwierają się radośnie, cały nastrój tchnie szczęśliwością".
Ernst H. Gombrich, Sztuka i złudzenie


Tak sobie siedzę i zastanawiam się, jaką roślinę mógłbym dziś namalować...


Raczej nie namalowałbym orchidei, ale na pewno też nie ostu.

piątek, 12 października 2007

III. Krzyż dobity


Ponoć po ulicy Zakładowej chodzi święty obraz. Usłyszałem to z ust kobiety, która schwyciła Bogu ducha winną (jakżeby inaczej?!) zakonnicę w przelocie i na dziesięć minut wydobyła ją ze stanu kontemplacji pięknego jesiennego przedpołudnia. Ta z należną jej pokorą rozglądała się szukając pomocy wokół, bez nawet jednego ukradkowego spojrzenia w górę (jakżeby inaczej?!).

A szkoda. Parę minut później po nieskalanym błękicie nieba przeleciał z warkotem ciemnoniebieski krzyż z białą obwódką! Błękit nieba, krzyż niebieski, biała granica pomiędzy nimi, dzięki której w ogóle można było stwierdzić: krzyż leci (krzyżolot)?!

Tylko ten warkot do krzyża wcale mi nie pasował. No, bo jak to tak? Widział kto warczące krzyże? Umysł mój rozpoczął radosną twórczość – cudne, pędzące myśli z rana, w dodatku twórcze! Sama rozkosz! Umyśliłem sobie, że ten warkot to źle zbity krzyż. Niedokładnie złączone ramiona z pewnością wydawały ów dźwięk. I przyszło mi na myśl – są niedokładnie dobite!

*
"- Dobijcie go!
- Ale obywatelu dowódco, on wyraźnie nie żyje!
- Czy ja wam mówię, żebyście ze mną dyskutowali czy, że macie go dobić?! – Dowódca wyglądał na dość furiacko zniecierpliwionego.
- Tak jest… To znaczy, tak właśnie myślałem, ale później spojrzałem w dół… Na niego…
- Iii…? – to przeciągające się „i” można z powodzeniem określić poetycko kwintesencją złości.
- I on się ewidentnie nie porusza…
- …?! – o ile poprzednia wypowiedź była kwintesencją złości, to tu już nie mam pomysłu. Ale, gdyby znaki przestankowe mogły wydawać dźwięki to te myślę, że można by porównać do zgrzytania piachu między zębami.
- No, on nie daje już oznak życia! – Żołnierz nie miał lepszego pomysłu.
- Doprawdy? A czy oznaką jego życia nie jest już sam fakt, że sobie tutaj leży? – na twarz Dowódcy wypełzł grymasik, takie małe grymasiątko samouwielbienia.
- No w sumie to pan Dowódca ma rację. Mamy tu wręcz kilka oznak jego życia… O! Tam leży jego noga – Żołnierz wskazał jakiś podłużny kształt znajdujący się na końcu kilkumetrowej polany.
- Coś chcecie mi przez to powiedzieć żołnierzu?
- Tak! Nawet jeśli leżący tu oto nasz Wróg żyje, to bez nóg raczej daleko nie ucieknie?! – spojrzenie Żołnierza błądzące po twarzy Dowódcy można by określić jako pełne wiary, nadziei, choć niekoniecznie miłości.
- Jeśli nawet, na krótki moment dopuścimy tę absurdalną myśl, że ów człowiek nie żyje, czy uważacie wykonanie rozkazu za zbędne? Rozkazu?! Nawet, gdy wasza decyzja może, w przypadku pomyłki, spowodować, że wróg podniesie ostatkiem sił rękę…
- To bzdura! – reakcja Dowódcy na to nieregulaminowe zachowanie była nad wyraz spokojna; no cóż, szok robi swoje – Nawet gdyby ostatkiem sił cokolwiek uniósł, to na pewno nie rękę! Jego ręce leżą w połowie odległości między ciałem a nogami! To jest jakieś pięć metrów stąd! O, tam!! – Żołnierz w całym swym jestestwie stał się kwintesencją desperacji.
- Żołnierzu! Chcecie mi powiedzieć, że bez rąk i nóg Wróg nie stanowi żadnego zagrożenia?! Że nie może sobie myśleć o nas, naszych dzielnych chłopcach, którzy tu walczą i wykrwawiają się na wszystkich frontach, jakichś okropności?! – może trudno w to uwierzyć, ale dałbym sobie rękę uciąć, że w oczach Dowódcy zagościły… Nie, to niemożliwe… - Że jego plugawy język nie będzie rzucał obelg, które niczym kule będą dosięgały naszych umęczonych barków, naszych pleców, za którymi pozostanie?!

Żołnierz zaczynał rozumieć. Powoli niczym ślimak do jego umysłu dotarł sens sytuacji, w której się znalazł. "To prawda! To najprawdziwsza prawda (lub bardziej filozoficznie: oczywista oczywistość)! - pomyślał goraczkowo szukając w kieszeni ostatniego papierosa - Nie może być inaczej! Przecież… To jest argument!" Rozejrzał się wokół błędnym wzrokiem. Zachwiał się i upadłby, gdyby nie pomocne ramię Dowódcy, który w ostatniej chwili schwycił upadającego Żołnierza. Jakby z wielkiej dali, odpływając niczym samotny, zmaltretowany setkami wichrów żaglowiec, usłyszał słowa Dowódcy:

- Oż k… mać! – ale już nic go nie obchodziło. Chciał tylko spokojnie zapalić papierosa i przez pięć minut nie myśleć o tym, że przez całą rozmowę niczego nieświadomy Dowódca opierał buta o głowę Wroga. Ciało o którym mowa, leżało jakieś dwa i pół metra dalej…"

*
Wracając do krzyża...

środa, 10 października 2007

II. Drogi

Dziś rano przez okno, dziwna rzecz, ujrzałem na horyzoncie wiejską drogę! Poczułem ten klimat - drogi na Wrzosy, drogi na Stawy Stare bądź Nowe. Drogi widok na Topolice, to tam gdzie obserwowałem walkę jastrzębia z pustułką. Przy wiejskiej drodze rów ze strumykiem i jeżynami na brzegach. Kępka brzóz na piachu, wieczorne ognisko i ziemniaki w popiele. Jest w tym wspomnieniu jakaś siła.


Dziś z drogi na Wrzosy pozostało tylko to wspomnienie. To znaczy, droga istnieje nadal, ale jej okolice – szkoda mówić. Ludzie na wsi nie myślą ekologicznie, praktycznie (!), perspektywistycznie, estetycznie, a już z pewnością nie magicznie! I Wrzosy nie te same. Takie trochę zbyt uporządkowane, zbyt skrojone w równe kawałki. Tylko okoliczny las, wydaje mi się, przybrał na sile na tyle, by zdołał przesłonić to, czego widok ani jemu ani mnie nie jest na rękę.


No i droga przez wioskę. Moja? Ziemia, piach, doły, Morza i Rzeki Deszczowe, kanały wyryte według spontanicznych planów patykiem. Koła wozu, kopyta konia, kurz i lipa z korzennym siedziskiem. Przydrożne sady zdziczałe i zdziwaczałe – widział kto takie małe gruszki (?!), oraz zadbane - uważajcie, gdy wystawicie głowę zza pustaków ustawionych w sadzie! Czasem jabłko wpada w usta nieproszone…


Nie moja? Doły wyrównane gruzem, żwir, asfalt, ciągnik (konie mechaniczne zamiast Gniadego, Kasztanki, Kasztana), samochód (a jednak z-kimś-w-środku-chód). Pies anonimowy, żaden Kajtek Gdzie-Twoje-Ucho?!, Aza Fajny-Szczeniak-Groźna-Matko!, Nero Co-Ty-Tu Robisz?!, Miki Mały-Bęben-w-Dole-za-Stodołą, Reks Skacz-na-Klatę!, Amor Dzięki-za-Zająca!, Reks Nie-Rusz-Gołębia!, Kundelek Wiele-Wsi-Przebiegł! (miał imię, przypomnę sobie).


Tak. Dziś to już nie to samo, ani nie to inne. Dziś wcale nie ma tego.


poniedziałek, 8 października 2007

I. Koleje losu

Zawsze lubiłem pociągi. Chyba dostrzegałem w nich coś magicznego. Pamiętam, że u dziadków wybiegałem na drogę żeby liczyć wagony pociągów towarowych, których szlak przebiegał jakieś dwa kilometry od domu, przez pola. Mierzyłem się z pociągiem siadając na torach i czekając aż będzie wystarczająco blisko, abym mógł z dumą zwiać. Pamiętam także jak przystawiałem głowę do szyny, niczym indiański tropiciel, nasłuchując czy się zbliża, i gdy był już bardzo blisko kładłem na szynę monety. Białe złotówki. Żółte monety przyklejały się do kół i zazwyczaj trzeba było spisać je na straty. A białe zostawały. Czasem odskakiwały na kilkanaście, kilkadziesiąt centymetrów i były, tak na oko, ze dwa razy większe. Często nie można było odnaleźć na ich sprasowanej powierzchni orzełka. Znikał. Odlatywał. Może z dumą zwiewał. Pociągi kiedyś były magiczne.


Koleje losu się ważą!


Koleje towarowe

los eksportowany

los importowany

los przewożony

los przemycony

los w bydlęcym wagonie

los węgloczarny

los w poniewierce


Koleje osobowe

los zmęczony

los niedospany

los uciśniony między innymi

los przedzielony

los wszędojeżdżalski

los stacja za stacją

los zaokienny zachód


Koleje pospieszne

los zniecierpliwiony

los zapatrzony

los byle szybciej

los ni tu ni tam

los trzy w jednym większym mieście

los daleko idący

los wypychany przez drzwi


Koleje ekspresowe

los nie cierpiący zwłoki

los bez postoju

los w pędzie zielonym

los rozparty w fotelu

los na loterii

los wniepoczasie

los Louis Lake o błękitnych oczach


Który przeważy?


poniedziałek, 1 października 2007

Mgrdrprof


Wczoraj udowodniłem nieopłacalność robienia doktoratu, że już nie wspomnę – ciekawe stwierdzenie, zazwyczaj tuż po nim wspominamy o tym czymś - o profesurze. Mianowicie: życie osoby ze stopniem magistra jest średnio o 4 lata dłuższe niż osoby ze stopniem doktora! Dlaczego? Stopień magistra osiąga się w wieku mniej więcej 24 lat, zaś doktora około 28 roku życia (oczywiście istnieją wyjątki od reguły, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że wyjątek jest reguły potwierdzeniem). To daje magistrowi 4 lata przewagi! Ludzie! Pozostańcie magistrami! Dla własnego dobra. Żyjcie dłużej!