czwartek, 26 czerwca 2008

Północ - Południe


Ciekawe uczucie posiadać dwa bilety lotnicze w dwa przeciwne zakątki Europy. I tylko jeden mogę wybrać. Na jednym lecę dzień wcześniej na południe, zaś gdybym chciał na północ leciałbym później (o cały dzień), ale za to taniej.

A zawsze ciągnęło mnie na Północ. Teraz znam nawet swoje miejsce - 06D! Bardzo lubię Norwegian. Kojarzy mi się tak północnie.

Ale lecieć będę Iberią na południe. Nie znam swojego miejsca. Klasa ekonomiczna, lunch. Ach, i 3,5 godzin lotu. A na północ tylko 1,45! Nad samym Bałtykiem 15 minut!

Pozytyw jest taki, że będę w mieście Cervantesa, może natrafię na jakiegoś Don Kichota? Może sam rzucę się na jakiś wiatrak... W takim upale (dziś ponad 40°C) to całkiem zwyczajna rzecz być Don Kichotem...

Ps. Lecąc na Północ widziałem kiedyś burzę od góry...

wtorek, 24 czerwca 2008

Noc Świętojańska i sztukmistrz


Działo się. I to wcale nie na boisku w dalekiej Austrii, ale u nas, na Starówce. Nikt piłki nie kopał, choć piłek było dużo i wszystkie w powietrzu. Maczugi, ognie... I koncerty. Co prawda, dane mi było słyszeć tylko Czeremszynę, ale w tym przypadku powiedzieć "tylko", to powiedzieć "wystarczająco wiele". Magiczne głosy ludzi i instrumentów zabrały nas na kilkadziesiąt minut do innego świata. Inaczej, do tego świata tylko kiedyś indziej i gdzieś indziej. Trochę żal, że nie słyszałem Shannon, może klimat nie był ten. Przyjdzie czas w Samhain albo Beltaine...

Było tak magicznie, że aparat wydał mi się czymś nie na miejscu. Nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. I jakoś mi nie żal. Było pstrykaczy co niemiara a ja nie miałem ochoty. I już.

Za to na drugi dzień (niedziela) zrobiłem kilka zdjęć, bo jakże miałbym nie zrobić? W końcu nie co dzień można ujrzeć Jaszę Mazura w niewłasnej osobie. Występ krótki, jak lina zawieszona na Placu Po Farze. Może mało mu za występ zapłacili... Ale mógł, choć przez sentyment, coś więcej. Ja liczyłem na salto do tyłu.


A w TV nareszcie zamiast meczu kultura wysoka... Mniej więcej dwupiętrowa.

czwartek, 19 czerwca 2008

Platon wielkim poetą był...


Jakoby on. Tak pisze Diogenes, o rzekomym autorze pewnych wersetów, czyli Platonie. Ale jeśli to on...

***
W gwiazdy wpatrujesz się, mój Astrze! Obym niebem się stał
i tysiącem oczu mógł spoglądać na ciebie!

***
Kochankę mam Archeanassę z Kolofonu,
u której w zmarszczkach jeszcze ogień płonie.
O nieszczęśnicy, którzyście w młodości
pierwszą ją pokochali! Przez jakie przeszliście męki!


***
Całując Agatona, na wargach duszę miałem:
przybyła tam cierpiąca, jakby odejść chciała.


***
Jabłkiem rzucam w ciebie. Jeśli szczerze kochasz,
dając znak zgody, weź je i oddaj mi dziewictwo swoje!
Jeśli zaś sądzisz, że to niemożliwe,
przyjmij jabłko i patrz, jak szybko mija piękność.


***
Jabłkiem ja jestem: rzuca mną ten, kto kocha ciebie!

***
Cypryjska bogini tak do Muz powiada: "Dzieweczki,
czcijcie Afrodytę, bo ześlę na was Erosa!"
Muzy do Cyprydy: "Zachowaj groźby swe dla Aresa,
bo do nas to pacholę nigdy nie doleci".


***
Złoto znalazłszy porzucił ktoś stryczek, a inny,
nie znalazłszy złota, na znalezionym powiesił się stryczku.


No i jak? Ładnie. Pomyśleć, jak później tępił poetów. Resentyment?

wtorek, 17 czerwca 2008

Czy istnieje moralność...


Kontrowersyjne?

Kiedyś kolega z liceum napisał artykuł, który mimo mojej jeszcze wtedy dość miernej wiedzy filozoficznej uznałem za absurdalny. Nosił tytuł "Czy istnieje moralność w świecie zwierząt?". My ludzie mamy tę niewątpliwie szkodliwą cechę, że cały świat chcemy widzieć ludzkim. Antropomorfizujemy wszystko, co tylko zdołamy sobie wyobrazić. Czy jabłko, które spadło na głowę Newtona (wydarzenie mityczne) lub cegła, która spadła na moją głowę (wydarzenie legendarne - w mojej opinii) miały chęć wzbudzenia umysłu lub uszkodzenia go? Czy to, że po cegle została mi szrama, z powodu której sterczą mi włosy, było jej zamierzeniem?

Może tytuł powinien brzmieć "Czy człowiek może moralnie oceniać czyny (albo raczej działanie) zwierząt?". Jeśli zwierzęta są (lub nie) moralne, to człowiek ugryziony przez psa może dochodzić swoich praw przed ludźmi, ale pies uderzony przez człowieka powinien móc postawić go przed sądem złożonym z psów i skazać np. na ugryzienie przez psa-kata.

Absurdalne?

Szczując kogoś psem nie my jesteśmy winni - przecież pies wiedział co robi...

Wygodne?

Zatem... Czy istnieje moralność w świecie ludzi?

Łabędź w cieniu jaskini


Czy, gdyby Platon nie był szeroki, wpadłby do jaskini? A może stałby się cieniem swego dziadka Aristoklesa? Któż to wie...

Może nie spotkałby wtedy Sokratesa i poznalibyśmy jego tragedie? Ciekawe czy byłyby tragiczne i czy dlatego nauczyciel odradził mu zajmowanie się tą dziedziną?

Los wiedział swoje, dlatego zesłał łabędzia na kolana Sokratesa.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Paralatanie, parapływanie


Człowiek potrafi całkiem zgrabnie naśladować świat zwierząt. Potrafimy chodzić (to oczywiste), ale potrafimy także skakać, wspinać, czołgać się (pełzać), co bywa umiejętnością wręcz niezastąpioną i wcale nie tak łatwą, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Niektórzy potrafią nawet pływać! Tak, tak - pływać!

Jednego tylko natura nam nie podarowała, jakby przeczuwając, że więcej złego niż dobrego może ją przez to spotkać z naszej strony. Nie pozwoliła nam fruwać. Mamy maszyny, które nas unoszą, ale sami z siebie... Nie ma szans.

I cieszy mnie to. Jest jakiś punkt zaczepienia dla marzeń i snów. I obrosło latanie, fruwanie, unoszenie się potężną symboliką. Bo jakoś musimy sobie przecież wytłumaczyć, że nie możemy...

Ale wczoraj widziałem spełnienie marzenia. Dokładniej, to czyjeś spełnienie czyjegoś marzenia. Widziałem istotę, która połączyła w sobie to, co jest nam dane, czyli umiejętność pływania z tym, co nie jest nam dane - lataniem (oczywiście - wspomaganym, bo inaczej mówiłbym o cudzie bardziej, niż o spełnieniu).


Gondola jest, tylko gdzie wiosło?

Oczywiście, to było para-pływanie - takie w mlecznej przestrzeni.

czwartek, 12 czerwca 2008

Złoty parawan


Pan i jego człowiek


Bajka


Opowiem wam bajkę. Dziś ją znalazłem.

Każdy z nas wie jak wygląda pole, z którego zielonymi kiełkami wydostaje się na powierzchnię życie. To właśnie jest pole, o którym teraz mówię. Zatem wyobraźcie sobie lub, jeszcze lepiej, zobaczcie je. Widzicie? Świetnie. Za tym właśnie polem jest kolejne pole i jeszcze jedno. Za nim następne i następne i kolejne i znów pole... Za nim jest pole na którym rośnie drzewo. To topola. Piękna, strzelista, jak tylko może być topola. Zielone listki delikatnie szeleszczą na wietrze i rozbłyskują słonecznymi promieniami. Widzicie to? Za tym właśnie drzewem jest kolejne drzewo. Piękne drzewo, strzelista topola, a z tyłu kolejna. I jeszcze jedna. Za nią następna i następna. A z tyłu jest jeszcze jedna topola. A w jej cieniu, w ziemi znajduje sie mała norka. To jest ta właśnie norka. I jeśli rzucić do niej okiem, za pierwszym zakrętem w prawo a drugim w lewo siedzi malutka, szara myszka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że za nią, gdyby było dość jasno można by to dostrzec, siedzi kolejna myszka, za tą zaś następna i jeszcze jedna. Za tą, z kolei, następna i jeszcze jedna. Za tą jeszcze jedną siedzi kolejna.

I nagle spadła ulewa.


sobota, 7 czerwca 2008

Lublin - Białobrzegi - Lublin - Gdańsk - Lublin


Tydzień w drodze.

Poniedziałek wyjazd nad Zalew Zegrzyński. Przenocowaliśmy w Warszawie. A we wtorek dalej w drogę. Zalew nie powalił. Może przez to słońce. Chodziłem wzdłuż wału (las był z drugiej strony zalewu, przynajmniej wyglądało to na jakiś las). Wszystko pocięte płotami, siatkami, drutami ośrodków, działek prywatnych, firm. Można było jedynie wzdłuż wału. Po ścieżce przebiegła jaszczurka. Szedłem więc ostrożnie rozglądając się za kolejnymi. Niestety, nie opalały się. Nawet dla nich było zbyt gorąco.

Piwo...

Kawa...

Piwo...

Piwo...

Wtorek powrót a w środę kurs na Gdańsk!

Hotel Marina tuż nad plażą, krok od granicy z Sopotem. Poszedłem na plażę. Posiedziałem może pół godziny, moze dwadzieścia minut. Nie dałem rady dłużej. Poszedłem chodnikiem wzdłuż plaży do Sopotu. Zjadłem na śniadanie kotleta z frytkami. Doszedłem na miejsce a tam dzikie tłumy, wycieczki, opłata mostowa (molowa). Nie zapytałem o cenę, ponieważ zniechęcił mnie ścisk przy bramkach.

Zaszedłem Sopot od tyłu. Może upał, może tłum a może morze pod ręką sprawiło, że samo miasto (w okolicach mola) nie wydało mi się zbyt interesujące. Wróciłem na plażę pod hotelem.

Gosia miała stłuczkę, ale na szczęście nic się jej nie stało, poza tym cały czas na spotkaniach. Wszystko to sprawiło jednak, że wyjazd stracił swój jednodniowy urok.
Czwartek wieczór powrót.

Widok z okna hotelowego

Sopot

Lotniarz?

A na wodzie...

Morze innym razem...

poniedziałek, 2 czerwca 2008

MUP


palę papierosa
na przejściu dla inwalidów,
obok mnie skrzynia pełna piachu
a ciała stoją dokoła

wchodzę do skrzyni,
na pierwszym piętrze w prawo,
żółć zalewa ściany
nadgryzione wzrokiem desperata

cienie korytarzami wloką ludzi
a ja będę tu siedział
aż zakwitną kwiaty
2006/2008

niedziela, 1 czerwca 2008

Lewitacja


Pająk


Jestem przyjacielem tego co żyje. Szeroko rozumianego. Wczoraj byłem przyjacielem pająka kosarza. Szedł przez pokój i musiałem go ewakuować, bo nie wszyscy pająka lubią. Zagrodziłem mu drogę dłońmi tak, że nie miał wyjścia i musiał wspiąć się po nich. Uniosłem go delikatnie przytrzymując, co okazało się dla niego niedźwiedzią przysługą, ponieważ z powodu mojej siły lub też braku delikatności stracił jedną z nóg. Ostatecznie udało mi się go wypuścić z balkonu.

Myślę, że nie jest mi wdzięczny. Przyjaciel nie powinien tracić nic z naszego powodu, ponieważ zbyt łatwo zamienia się go w ten sposób w niewolnika.