poniedziałek, 24 grudnia 2007

Maniak kulturowy

23-12-2007
Świąteczna atmosfera, aż włosami wyłazi. Wszyscy zestresowani, zmęczeni, smutni jacyś i w pędzie. W końcu święta idą i nie można się spóźnić. Z niczym! Ale kultura stara się być wszędzie. Mili sprzedawcy i kolejkowicze. No cudnie! Przy bramce sklepowej dwóch ochroniarzy z uśmiechami na twarzach prowadzi dialog, z którego nagle wyciekło "a to je...na ci...a!". No cóż, zdarza się. W końcu codziennie i wszędzie tego pełno, więc wrażenia to na mnie nie robi, zwłaszcza, że i mnie się zdarza. Ale Panowie - pod Kulturomaniakiem?! K...wa mać!

Poranne wstawanie


Nie ma chyba nic gorszego (Oczywiście, ze jest! Jest dużo gorszych rzeczy. Z pewnością...) niż poranne wstawanie. Mam na myśli wstawanie naprawdę wczesne - tak w okolicach pobudki Słońca. A nawet parę chwil wcześniej. Kiedy Księżyc jeszcze nie śpi, a Słońce dopiero się budzi.

Choć z drugiej strony - to piękna chwila, takie rodzinne spotkanie.

czwartek, 20 grudnia 2007

(Nie) Moja Kanada


Zanotowałem to tuż po przebudzeniu o godzinie 1.59 w nocy:

Przed chwilą miałem sen. Przyleciałem tu, do Kanady, w jakimś celu. Może chodziło o jakąś konferencję czy projekt. Miałem poczucie, że brak mi czasu, żeby cokolwiek zwiedzić. Stwierdziłem, że jestem w Montrealu. Kiedy już znalazłem się w moim pokoju hotelowym, podszedłem do okna żeby popatrzeć na Chateau Frontenac (który tak naprawdę jest w Quebec). Ale nie było nic widać, ponieważ przesłaniały mi go budynki jakiejś fabryki. Rozczarowany odwróciłem się od okna i pomyślałem, że trochę pospaceruję i zwiedzę najbliższą okolicę. Ponownie spojrzałem w okno i... Nic nie zobaczyłem, oprócz strug deszczu. Ściana wody... Położyłem się na łóżku. Koniec snu.

środa, 19 grudnia 2007

Krzew Gorejący


Wielu z nas, co jakiś czas, widuje gorejący krzew. Zwykle nie zwraca on za bardzo naszej uwagi, bo nie wydobywa z siebie żadnego głosu, poza ewentualnym szelestem. I wydaje mi się to całkiem naturalne. Problem w tym, że człowiek nie poszukuje naturalności i normalności, tylko ciągle węszy za czymś, co go z tej normalności choć na chwilę wyciągnie za fraki. I na tym szukaniu schodzi mu lub wręcz zbiega, na łeb na szyję, życie. Na koniec, zazwyczaj budzi się z ręką w kwintesencji naturalności - nocniku.

Być naturalnym i normalnym - to dopiero cud!

czwartek, 13 grudnia 2007

Małe dzieci to nie ludzie!


    Małe dzieci dopiero uczą się być ludźmi. Ale, by się tego nauczyć muszą najpierw pozbyć się swojego zwierzęcego lub praludzkiego, jak kto woli, dziedzictwa. Zanim posiądą zdolność bezwarunkowego i totalnego zanurzenia się w kulturze, są w większym stopniu niż człowiek dorosły (zazwyczaj) częścią natury. Działają instynktownie, nie analizują, nie dedukują, nie postrzegają rzeczywistości, czy raczej wyobrażenia o niej, przez pośrednictwo symboli.
    Z wiekiem umiera ów instynkt, nikną umiejętności dostrzegania pewnych zjawisk i rzeczy (chwytania w lot). W pewnym momencie w sferze pierwotnej stajemy się inwalidami. To nasza ucieczka od natury. Rolę natury przejmuje tu kultura - nasza macocha. To ona chroni nas przed Zewnętrzem.
    Rodzi się to co wewnętrzne - refleksja. A refleksja każe nam myśleć, że jesteśmy częścią natury. Jednak myślimy o tym jako istoty, które do natury nie mają powrotu, bo wiązałby się on z odrzuceniem kultury. O ile można taką rzecz sobie wyobrazić, to już na pewno nie można sobie wyobrazić odzyskania naszej pierwotnej kondycji. Nasza biologiczna matka, Natura, już tylko nas gości.

    A dzieci mają coś jeszcze... Nieskrępowaną wyobraźnię. Bo umysł nie jest jeszcze w okowach. Jest jeszcze wtedy pierwotnie nieposkromiony, eksplodujący!

piątek, 30 listopada 2007

Denqnaisch - Jesteś Cudowna


Nasza pramatka ma na imię Lucy. Stało się tak, ponieważ naukowcy, którzy odnaleźli jej szczątki (Taieb, Johnson, Coppens) słuchali piosenki Beatlesów "Lucy in the Sky with Diamonds". I dobrze. Strach pomyśleć, co by było, gdyby odnaleźli ją ludzie słuchający np. disco polo albo czegoś przyciężkawego gatunkowo. Zwłaszcza, że Lucy była z gatunku Australophitecus afarensis, czyli tej lżejszej, wszystkożernej odmiany australopiteka. Jej mniej zgrabni kuzyni to australopiteki roślinożerne boisei oraz robustus. Nazwy sugerują co nieco, prawda?

Ale Etiopczycy moim zdaniem mają nam coś lepszego do zakomunikowania. Bo dla nich Lucy, do której jako ludzie (potomkowie, być może) mają pełne prawo, to Denqnaisch - Jesteś Cudowna.

środa, 21 listopada 2007

Dla W.


Pan W. tak kochał życie,
że z tej miłości pił,
rodzina zostawiła go
a on rzucił ją dla czystej.
Odnalazł go podobny ktoś,
Co cieszyć się nie umiał
I mokre oczy miał,
Gdy suche stało szkło

A kiedy W. napełniał szkło
toastów w głowie tysiąc miał,
lecz tylko spitej duszy szloch
rozrywał serce, orał krtań

A kiedy już napełnił szkło
Do dna, jak życie, z niego pił.
Dziś nad nim płaczą deszczu łzą
Twarze zdruzgotanych płyt

poniedziałek, 5 listopada 2007

My precious...


Człowiek trafia na skarb. Cieszy się jak dziecko i pozwala się nieść euforii. Nagle okazuje się, że części tego skarbu (zapewne całkiem sporej) nie będzie w stanie wykorzystać. Zamknie go w skrytce i będzie tam leżał aż zostanie zapomniany, albo utraci status skarbu i stanie się jednym z „takich tam…”.

Dziś się cieszę. Odnalazłem w Sieci zbiory udostępnione przez American Museum of Natural History. Wiele niezwykle ciekawych artykułów napisanych przez wybitnych antropologów (np: Boas, Kroeber). Wszystko w formacie PDF i mnóstwo stronic, których oryginały często pamiętają jeszcze czasy Wild West.

I to jest właśnie taki mój skarb, którego nie wykorzystam. Nie w całości. Za dużo jak na jednego samego mnie! Jeśli ktoś chciałby uszczknąć cząstkę:

http://digitallibrary.amnh.org/dspace/handle/2246/6


niedziela, 28 października 2007

Zmiana-z-czasem


wódka niedopita
zastała mnie jesień
o godzinę zbyt wcześnie
zaskoczyła mnie
ta nagła zmiana czasu
bo ja wciąż wczorajszy

a świat tak jakby
trochę przede mną
i pędzi szaleńczo do jutra

gonić trzeba
by go dogonić
i załapać się na odjazd
porannym ekspresem
ale bez biletu
bo ja w sen dopiero zmierzam

i oby sen zakończył się
niezbyt szybko
bo mnie nie spieszno jeszcze
a już dzień nowy
nowa nastaje noc
nim zewrę powieki i nim otworzę
całe miesiące mijają
dni szaleńczo nikną
a ja gdzieś się zawieruszyłem poza

kieliszek niepusty
i myśl do połowy pełna
że może warto by coś jeszcze

środa, 24 października 2007

Karmaniola

Nosi się we mnie i zanosi się na to, że się wreszcie donosi. Zwierzęca wściekłość... Na ciężkich idiotów nazywanych w mediach turystami (!). Niestety równocześnie nosi się we mnie melodia w żaden sposób nie pasująca do sytuacji. A może?

Sześciu zjednało się w ponurym dziele
Dłoń pewna, chociaż szczęki tchórzem drżące
Chcąc zabić bestię obudzili bestie
Ciemne wnętrza dusz ich trawiące

Już władca leży w tym potoku martwy
Owinięty kożuchem cierpienia
Nie zdołał dostrzec swoim ufnym wzrokiem
Jak ciepła dłoń w zimny kamień się zamienia

*
I tyle... Na chwilę.

niedziela, 21 października 2007

?

a gdyby tak...?
z myśli moich wycieka
znak zapytania

a gdyby tak...?
myśli tej bat chłoszcze
zimną jesienną noc

a gdyby tak...?
noc kuli się
w ciepłych ramionach żula

a gdyby tak…?
noc szuka schronienia
w pustych oczodołach ociemniałych latarń

a gdyby tak…?
noc umyka tchórzliwie
płaszcząc się przed jasną odpowiedzią świtu

żul obejmuje czule szyjkę swej kochanki
pod całodobowym sklepieniem

O czasie...


Od kilku dni zauważyłem u siebie dziwne zafascynowanie (zapalenie?) zegarkami. Z tym, że nie prawdziwymi – z krwi i kości lub, żeby było bardziej jeszcze adekwatnie, z trybów i sprężynek – lecz zegarkami wirtualnymi. Jakby tego było mało, nie zegarkami cyfrowymi, ale analogowymi. Wyszukuję w Internecie różnego rodzaju programy typu „desktop” symulujące zegarki analogowe. Nie rozumiem jeszcze o co chodzi w tym wszystkim, choć mam pewne podejrzenia…

Mam mało czasu tak mało jak piachu
W dziecięcej garści nad rzeką
Zwieram powieki zatrzymać obraz
Co z moich wspomnień ucieka

[...]

Biegnę wciąż biegnę przed siebie w siebie
Tęczę rozgarniam rękami
Letnim upałem wytrzeć do sucha
Spotniałą wilgotną pamięć

Wojtek Bellon, Piosenka o zajączku

sobota, 20 października 2007

Istota rzeczy


Czüeh Yin, buddyjski mnich żyjący w okresie Yüan, powiedział: "Przy silnym wzruszeniu, gdy serce czuje się zgnębione, trzeba malować bambusy. Orchidee maluje się z duszą pogodną, jako że liście ich sprawiają wrażenie unoszących się w powietrzu lub fruwających. Ich pączki otwierają się radośnie, cały nastrój tchnie szczęśliwością".
Ernst H. Gombrich, Sztuka i złudzenie


Tak sobie siedzę i zastanawiam się, jaką roślinę mógłbym dziś namalować...


Raczej nie namalowałbym orchidei, ale na pewno też nie ostu.

piątek, 12 października 2007

III. Krzyż dobity


Ponoć po ulicy Zakładowej chodzi święty obraz. Usłyszałem to z ust kobiety, która schwyciła Bogu ducha winną (jakżeby inaczej?!) zakonnicę w przelocie i na dziesięć minut wydobyła ją ze stanu kontemplacji pięknego jesiennego przedpołudnia. Ta z należną jej pokorą rozglądała się szukając pomocy wokół, bez nawet jednego ukradkowego spojrzenia w górę (jakżeby inaczej?!).

A szkoda. Parę minut później po nieskalanym błękicie nieba przeleciał z warkotem ciemnoniebieski krzyż z białą obwódką! Błękit nieba, krzyż niebieski, biała granica pomiędzy nimi, dzięki której w ogóle można było stwierdzić: krzyż leci (krzyżolot)?!

Tylko ten warkot do krzyża wcale mi nie pasował. No, bo jak to tak? Widział kto warczące krzyże? Umysł mój rozpoczął radosną twórczość – cudne, pędzące myśli z rana, w dodatku twórcze! Sama rozkosz! Umyśliłem sobie, że ten warkot to źle zbity krzyż. Niedokładnie złączone ramiona z pewnością wydawały ów dźwięk. I przyszło mi na myśl – są niedokładnie dobite!

*
"- Dobijcie go!
- Ale obywatelu dowódco, on wyraźnie nie żyje!
- Czy ja wam mówię, żebyście ze mną dyskutowali czy, że macie go dobić?! – Dowódca wyglądał na dość furiacko zniecierpliwionego.
- Tak jest… To znaczy, tak właśnie myślałem, ale później spojrzałem w dół… Na niego…
- Iii…? – to przeciągające się „i” można z powodzeniem określić poetycko kwintesencją złości.
- I on się ewidentnie nie porusza…
- …?! – o ile poprzednia wypowiedź była kwintesencją złości, to tu już nie mam pomysłu. Ale, gdyby znaki przestankowe mogły wydawać dźwięki to te myślę, że można by porównać do zgrzytania piachu między zębami.
- No, on nie daje już oznak życia! – Żołnierz nie miał lepszego pomysłu.
- Doprawdy? A czy oznaką jego życia nie jest już sam fakt, że sobie tutaj leży? – na twarz Dowódcy wypełzł grymasik, takie małe grymasiątko samouwielbienia.
- No w sumie to pan Dowódca ma rację. Mamy tu wręcz kilka oznak jego życia… O! Tam leży jego noga – Żołnierz wskazał jakiś podłużny kształt znajdujący się na końcu kilkumetrowej polany.
- Coś chcecie mi przez to powiedzieć żołnierzu?
- Tak! Nawet jeśli leżący tu oto nasz Wróg żyje, to bez nóg raczej daleko nie ucieknie?! – spojrzenie Żołnierza błądzące po twarzy Dowódcy można by określić jako pełne wiary, nadziei, choć niekoniecznie miłości.
- Jeśli nawet, na krótki moment dopuścimy tę absurdalną myśl, że ów człowiek nie żyje, czy uważacie wykonanie rozkazu za zbędne? Rozkazu?! Nawet, gdy wasza decyzja może, w przypadku pomyłki, spowodować, że wróg podniesie ostatkiem sił rękę…
- To bzdura! – reakcja Dowódcy na to nieregulaminowe zachowanie była nad wyraz spokojna; no cóż, szok robi swoje – Nawet gdyby ostatkiem sił cokolwiek uniósł, to na pewno nie rękę! Jego ręce leżą w połowie odległości między ciałem a nogami! To jest jakieś pięć metrów stąd! O, tam!! – Żołnierz w całym swym jestestwie stał się kwintesencją desperacji.
- Żołnierzu! Chcecie mi powiedzieć, że bez rąk i nóg Wróg nie stanowi żadnego zagrożenia?! Że nie może sobie myśleć o nas, naszych dzielnych chłopcach, którzy tu walczą i wykrwawiają się na wszystkich frontach, jakichś okropności?! – może trudno w to uwierzyć, ale dałbym sobie rękę uciąć, że w oczach Dowódcy zagościły… Nie, to niemożliwe… - Że jego plugawy język nie będzie rzucał obelg, które niczym kule będą dosięgały naszych umęczonych barków, naszych pleców, za którymi pozostanie?!

Żołnierz zaczynał rozumieć. Powoli niczym ślimak do jego umysłu dotarł sens sytuacji, w której się znalazł. "To prawda! To najprawdziwsza prawda (lub bardziej filozoficznie: oczywista oczywistość)! - pomyślał goraczkowo szukając w kieszeni ostatniego papierosa - Nie może być inaczej! Przecież… To jest argument!" Rozejrzał się wokół błędnym wzrokiem. Zachwiał się i upadłby, gdyby nie pomocne ramię Dowódcy, który w ostatniej chwili schwycił upadającego Żołnierza. Jakby z wielkiej dali, odpływając niczym samotny, zmaltretowany setkami wichrów żaglowiec, usłyszał słowa Dowódcy:

- Oż k… mać! – ale już nic go nie obchodziło. Chciał tylko spokojnie zapalić papierosa i przez pięć minut nie myśleć o tym, że przez całą rozmowę niczego nieświadomy Dowódca opierał buta o głowę Wroga. Ciało o którym mowa, leżało jakieś dwa i pół metra dalej…"

*
Wracając do krzyża...

środa, 10 października 2007

II. Drogi

Dziś rano przez okno, dziwna rzecz, ujrzałem na horyzoncie wiejską drogę! Poczułem ten klimat - drogi na Wrzosy, drogi na Stawy Stare bądź Nowe. Drogi widok na Topolice, to tam gdzie obserwowałem walkę jastrzębia z pustułką. Przy wiejskiej drodze rów ze strumykiem i jeżynami na brzegach. Kępka brzóz na piachu, wieczorne ognisko i ziemniaki w popiele. Jest w tym wspomnieniu jakaś siła.


Dziś z drogi na Wrzosy pozostało tylko to wspomnienie. To znaczy, droga istnieje nadal, ale jej okolice – szkoda mówić. Ludzie na wsi nie myślą ekologicznie, praktycznie (!), perspektywistycznie, estetycznie, a już z pewnością nie magicznie! I Wrzosy nie te same. Takie trochę zbyt uporządkowane, zbyt skrojone w równe kawałki. Tylko okoliczny las, wydaje mi się, przybrał na sile na tyle, by zdołał przesłonić to, czego widok ani jemu ani mnie nie jest na rękę.


No i droga przez wioskę. Moja? Ziemia, piach, doły, Morza i Rzeki Deszczowe, kanały wyryte według spontanicznych planów patykiem. Koła wozu, kopyta konia, kurz i lipa z korzennym siedziskiem. Przydrożne sady zdziczałe i zdziwaczałe – widział kto takie małe gruszki (?!), oraz zadbane - uważajcie, gdy wystawicie głowę zza pustaków ustawionych w sadzie! Czasem jabłko wpada w usta nieproszone…


Nie moja? Doły wyrównane gruzem, żwir, asfalt, ciągnik (konie mechaniczne zamiast Gniadego, Kasztanki, Kasztana), samochód (a jednak z-kimś-w-środku-chód). Pies anonimowy, żaden Kajtek Gdzie-Twoje-Ucho?!, Aza Fajny-Szczeniak-Groźna-Matko!, Nero Co-Ty-Tu Robisz?!, Miki Mały-Bęben-w-Dole-za-Stodołą, Reks Skacz-na-Klatę!, Amor Dzięki-za-Zająca!, Reks Nie-Rusz-Gołębia!, Kundelek Wiele-Wsi-Przebiegł! (miał imię, przypomnę sobie).


Tak. Dziś to już nie to samo, ani nie to inne. Dziś wcale nie ma tego.


poniedziałek, 8 października 2007

I. Koleje losu

Zawsze lubiłem pociągi. Chyba dostrzegałem w nich coś magicznego. Pamiętam, że u dziadków wybiegałem na drogę żeby liczyć wagony pociągów towarowych, których szlak przebiegał jakieś dwa kilometry od domu, przez pola. Mierzyłem się z pociągiem siadając na torach i czekając aż będzie wystarczająco blisko, abym mógł z dumą zwiać. Pamiętam także jak przystawiałem głowę do szyny, niczym indiański tropiciel, nasłuchując czy się zbliża, i gdy był już bardzo blisko kładłem na szynę monety. Białe złotówki. Żółte monety przyklejały się do kół i zazwyczaj trzeba było spisać je na straty. A białe zostawały. Czasem odskakiwały na kilkanaście, kilkadziesiąt centymetrów i były, tak na oko, ze dwa razy większe. Często nie można było odnaleźć na ich sprasowanej powierzchni orzełka. Znikał. Odlatywał. Może z dumą zwiewał. Pociągi kiedyś były magiczne.


Koleje losu się ważą!


Koleje towarowe

los eksportowany

los importowany

los przewożony

los przemycony

los w bydlęcym wagonie

los węgloczarny

los w poniewierce


Koleje osobowe

los zmęczony

los niedospany

los uciśniony między innymi

los przedzielony

los wszędojeżdżalski

los stacja za stacją

los zaokienny zachód


Koleje pospieszne

los zniecierpliwiony

los zapatrzony

los byle szybciej

los ni tu ni tam

los trzy w jednym większym mieście

los daleko idący

los wypychany przez drzwi


Koleje ekspresowe

los nie cierpiący zwłoki

los bez postoju

los w pędzie zielonym

los rozparty w fotelu

los na loterii

los wniepoczasie

los Louis Lake o błękitnych oczach


Który przeważy?


poniedziałek, 1 października 2007

Mgrdrprof


Wczoraj udowodniłem nieopłacalność robienia doktoratu, że już nie wspomnę – ciekawe stwierdzenie, zazwyczaj tuż po nim wspominamy o tym czymś - o profesurze. Mianowicie: życie osoby ze stopniem magistra jest średnio o 4 lata dłuższe niż osoby ze stopniem doktora! Dlaczego? Stopień magistra osiąga się w wieku mniej więcej 24 lat, zaś doktora około 28 roku życia (oczywiście istnieją wyjątki od reguły, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że wyjątek jest reguły potwierdzeniem). To daje magistrowi 4 lata przewagi! Ludzie! Pozostańcie magistrami! Dla własnego dobra. Żyjcie dłużej!

piątek, 28 września 2007

Kres bez końca

Czym jest kres? Człowiek tak bardzo unika definitywnego rozstrzygnięcia tego problemu, że właściwie trudno zdefiniować to pojęcie. Tyle kresów, końców, granic mamy wokół siebie, a najbardziej się chyba szczycimy możliwością i, ewentualnie, umiejętnością ich przekraczania. Czasem podpieramy się własnym doświadczeniem, czasem doświadczeniem innych. Niekiedy odwracamy znaczenie pojęcia "koniec" o 180 stopni uznając kres za początek (!) czegoś prawdziwego i nieskończonego, a przez to doskonałego. Oznacza to, ni mniej nie więcej, że sam kres jest niedoskonały. Skoro tak, to jego niedoskonałością może być tylko płynność, a co za tym idzie niekończące się coś.

Bezkres. Bezkres nie należący ani do czasu ani do przestrzeni. Bezkres ogarniający wszystko i zarazem nic, bo gdyby ogarniał tylko Wszystko, musiałby mieć swój koniec u granic wszystkiego. A czy Wszystko ma swoje granice? Wszechświat, ponoć ma granice, dlatego też może się rozszerzać od czasu Wielkiego Wybuchu. Jednak do kiedy może się rozszerzać? Do jakiegoś miejsca? Gdzie jest jakaś bariera? Wszechświat rozszerza się w Niczym. Może Wszystko i Nic są wzajemnie swoimi granicami? Przecież nie jest nigdzie powiedziane, ze jeśli Wszystko się rozszerza, to Nic się kurczy! Może ono też się rozszerza?

Koniec życia. Człowiekowi niełatwo pogodzić się z tym faktem, więc z utęsknieniem rzuca ukradkowe spojrzenia ku Bramom Wieczności. Bo przecież życie trwa nadal. Śmierć nie jest czymś ostatecznym. Narodzimy się znowu, jako ktoś/coś innego, zasiądziemy z przodkami przy ogniskach, których blask dostrzegamy nocą na niebie. Życie nie ma kresu.

Wszystko i Nic nie ma kresu...

środa, 26 września 2007

Wspomnienie z Bieszczadu cd


Byliśmy na końcu świata. I troszkę dalej. Wyprawa iście heroiczna, która samego Jazona i jego Argo doprowadziłaby zapewne do stanu szalonej rozpaczy. A my swoim czółnem przebiliśmy się, choć lekko nie było. Za to było ciemno, wolno i straszno. Drugiego dnia było widno, nie tak straszno, ale wciąż wolno...

Powoli
Wolno
Wolność

Bezkres

wtorek, 4 września 2007

Z Bieszczadu...


Często słyszę jak ludzie na pytanie "z czym kojarzą ci się góry?" odpowiadają "z wolnością". Ja odpowiedziałbym inaczej. Góry kojarzą mi się ze zniewoleniem. Będąc w górach zdaję sobie sprawę z tego jak zniewolony jestem. Jak bardzo pochłonięty życiem "na już!" (w skrajnej, choć nie tak rzadkiej wersji - "na wczoraj!"). Góry uświadamiają mi jak pędzi życie, jak trzeba się przestawić i przeprogramować, żeby choć na moment poczuć powiew wolności na twarzy. Na co dzień nie doświadczamy tego tak często. Z czasem nawet o tym nie myślimy. A później idziemy w góry... I ledwie poczujemy na ustach ten smak - musimy znów do miasta. Ale, cholera, wraca się w te góry, właśnie dla tej chwili. Ta chwila to nadzieja. Ta nadzieja to magnes. Ten magnes to świadomość. A ona? Wolność?!

Może odpowiedziałbym tak - góry kojarzą mi się ze zniewoleniem, ponieważ są wolnością.

piątek, 31 sierpnia 2007

czwartek, 30 sierpnia 2007

Bura sąsiadka



Oto moja sąsiadka. Lubi wygrzewać się pod domem, na podjeździe, w trawie, w słońcu... A gdy tylko swoim kocim zmysłem dostrzeże choć na milimetr uchylone drzwi - wbiega na klatkę. I do mieszkania. I gubi się w pomieszczeniach, które nie są w stanie jednak pomieścić jej energii. Dlatego, z rozdzierającym skrzypieniem sumienia, wyganiam ją za drzwi. Czasem dostanie jej się - kawałek jakiejś wędliny. Nigdy nie obsikała mi ściany, jak jej kochanek Bazyl.

środa, 29 sierpnia 2007

WORLD PRESS PHOTO 2007


rozdarte lękiem
powieki

nabrzmiałe białka
wpadają do filiżanki z kawą

ręka nie drży
schowana za przesłoną
i zbyt odległa w czasie

zamrożony ruch warg
można kontemplować
przez wieki wieków
lament!

piątek, 24 sierpnia 2007

SATYSFIKCJA


To taka satysfakcja - nie do końca "na niby", ale może nieco na wyrost. Z wyprzedzeniem, tzn. zakładamy, że coś się powiedzie, coś uda. Ale pewności nie ma...

niedziela, 19 sierpnia 2007

Kolegom, którzy odejdą…


Nie my czas, lecz to czas nas traci!
A my w tej łodzi, przyjacielu,
ze zbutwiałym do bólu sterem,
do brzegu nie dobijamy,
nie zmierzamy do celu.

Wiosła dawno straciliśmy w sztormie,
zaś żagla uschnięty liść
rozpadł się nam pod wiatru muśnięciem,
a że dziób wpół rozpłatany -
wodę bierzemy nie od dziś...

Ten brzeg ostatni, ten daleki,
a mimo to, najbliżej leżący.
Cóż, każdego z nas czeka niezmiennie
wszystkim falom wbrew -
tym wierzącym i niewierzącym.

Ale burty jeszcze nie oddały się
morza zachłannemu gardłu,
więc dopóki wciąż w nas dech
niech każdy swojej deski trzyma!
Jeszcze podryfujemy pomału...

Wspomnienie z Bieszczadów cz. 2



Wypał węgla drzewnego w retortach (to cuś na zdjęciu). Od kiedy pamiętam, chciałem zrobić zdjęcie smolarzom przy pracy i w trakcie odpoczynku. Kiedyś, tu w Bieszczadach i niemal w tym samym miejscu, miałem okazję i jej nie wykorzystałem. Tym razem chciałem wykorzystać nadarzającą się sposobność, ale się chyba przestraszyli. Może myśleli, że chcę wykorzystać ich, więc poszczuli mnie psem.

Kilka fotek udało się zrobić, chociaż te ze smolarzami wyrzuciłem . Tak dla spokoju sumienia. Goście harują w niesamowitym upale. Nie dość, że słońce grzało niemiłosiernie, to jeszcze te piece. A ja tu sobie przychodzę fotki popstrykać...

środa, 8 sierpnia 2007

Wspomnienie z Bieszczadów cz. 1


Ten orzeł wyskoczył niemal spod kół samochodu...No dobra (żeby mnie Michał, Ewelina i Gosia nie objechali), siedział jakieś 10-15 metrów od drogi, w zbożu. Właśnie strzelałem widoczek z okna samochodu. Zanim wycelowałem w niego przebył już spory kawałek drogi. Szkoda, wspaniale byłoby zrobić mu zdjęcie, gdy był tak blisko... Jak mawiał pewien niewysoki rycerz "nic to!" - następnym razem będę gotów!

wtorek, 7 sierpnia 2007

środa, 1 sierpnia 2007

Nicoś

Ostatnio zastanawiałem się czy można stwierdzić nieistnienie czegoś? Czy coś może nie istnieć?
Wydaje mi się, że coś musi istnieć przez samo to, iż jest coś.

Jest też nic. Ponieważ nic istnieje tak jak coś. Nieokreślone, nie będące poza niczym, nic istnieje. Przez sam fakt stwierdzenia "nic" uznajemy, że "nic" jest.

Mówiąc: "nic nie ma" nie mówimy przecież: "nic nie istnieje"! Mówimy przez to jedynie: "nic nie posiada". Posiadanie nie jest własnością "niczego". Jak sądzę, posiadanie nie jest również własnością czegoś. Posiadanie jest akcydentalne. Nieistotne, ponieważ nie należy do istoty "czegoś" bądź "niczego". Posiadać można, ale nie trzeba.

Trzeba żyć, a żyć to być. Bycie jest istotne. Życie/bycie nie jest posiadaniem życia. Ani nie posiadaniem śmierci. Życie jest po prostu życiem. Zaś śmierć jest nie-życiem.

Śmierć nie jest jednak brakiem życia. Brak życia oznaczałby, iż śmierci własnością jest życie, którego śmierci jest brak (?!). Życie jest tylko własnością życia. Śmierć jest własnością śmierci.

Jedynie w szerszym kontekście natury (metakontekście) życie i śmierć, to swoje wzajemne koniecznie własności (metażycie, metaśmierć).

I do tego może kiedyś powrócę. No chyba, że się nawrócę i myśleć zacznę poważnie (odważnie)...


poniedziałek, 30 lipca 2007

Jednoistotny

Człowiek się szczyci, że podzielne ma coś, że dzieli i rozdziela. Myśli, iż ma moc, moc dzielenia.

Dzielić
Dzielne
Podzielne
Podzielone

Po dzielności co?!

Podzielność uwagi - ja tym się szczycę, że nie mam. Ja jedną mam uwagę. Jedną dla całości. Jedna uwaga - jeden świat - ja jeden.
To wyjątkowe. JA jest wyjątkowe. Ja w swojej jednej, jedynej Istocie. Istota jest jedna i niepodzielna. Czym byłaby, gdyby dzielić się dała?

Byłaby niczym. Niczym wartym uwagi ( lub raczej po prostu: byłaby nie warta uwagi) - jednej niepodzielnej.
Istota z natury jest niepodzielna.
Bo niepodzielna jest natura natury. Naturą natury jest życie. A życie podzielne być nie może.

Czym byłoby życie na pół?!

Nie byłoby wcale, a przecież jest, bo jest!

niedziela, 29 lipca 2007

SłowoTalk

Leciały z szybkością błyskawicy. Po pewnym czasie zorientowałem się, że ich nie rejestruję. Mimo to, chwytałem sens(y). Wiedziałem o co chodzi, choć były szybsze niż moje myśli.

Słowa.

Ktoś wyszedł.
Ktoś wszedł.

Wolno było szybko, a wolno było wolno.
Szybko było błyskiem.

A słowa?!
Były i nie były!

Na pewno nie trwały -
kończyły się w chwilę po
i na chwilę przed

...

czwartek, 26 lipca 2007

Moje miejsce


Wróciłem z Bieszczadów.

A właściwie wróciłem, ale i nie wróciłem. Zawsze jeszcze przez jakiś czas tam pozostaję. Do momentu, gdy ponownie omota mnie aktualność rzeczywistości. Znów ważne stanie się oglądanie "wiadomości" i przeżywanie dramatu, dzielonego codziennie z milionami Innych przykutymi do swojego miejsca.

MIEJSCE... Co to jest i jak powinienem je rozumieć? Czy mogę nazwać swoim miejscem, to właśnie, w którym akurat byłem? Czy tylko to, w którym jestem aktualnie? Czy mogę mieć kilka swoich miejsc? Jeśli tak, to na jakiej zasadzie są one moje? Czy mogę posiadać miejsce? A może to miejsce posiada mnie przez moment? Przecież ono jest zawsze tam, gdzie jest. A ja nie mogę go zabrać nigdzie indziej. Nie mogę zatem powiedzieć, że miejsce jest moje. Może to ja jestem miejsca?

No, ale przecież miejsce nie może posiadać mnie (?!).

Chyba, że poza czasem. A może nawet i poza przestrzenią. Ale wtedy miejsce byłoby czymś abstrakcyjnym. I może o to chodzi? Moje miejsce nie jest "gdzieś tam". Mojego miejsca nie ma poza mną!

Moje MIEJSCE to JA!

Tylko jak wtedy rozumieć to, że TAM czuję się lepiej niż nie-TAM? Myślę, że mógłbym odpowiedzieć np. "TAM czuję się bardziej sobą, niż nie-TAM".

Będę musiał powrócić do tego wątku. Może po następnym powrocie?

sobota, 14 lipca 2007

Teraz...

Ostatnio czytałem ciekawy artykuł na temat języka. Dotyczył m. in. problemu postrzegania świata przez ludzi mówiących różnymi językami. Czy moje postrzeganie świata jest takie samo, jak np. ludzi anglojęzycznych? No właśnie… Wszystko wskazuje na to, że nie jest. Różnice w strukturze języka powodują, że zupełnie inaczej określamy świat w którym żyjemy i nas w tym świecie. Przykładem (z artykułu) niech będzie język starohebrajski, który charakteryzuje się m. in. tym, że nie występuje w nim czas przeszły ani przyszły. Jest tylko TERAZ. Mit. Wiecznie aktualizujący się w rytuale świat (a może na odwrót? Czy w innych językach jest to istotne?). Początek ustanowił demiurg, stwórca bądź jakaś inna siła kosmiczna, a teraz, dzięki rytuałom, mit ciągle jest aktualny. A rytuałem może być wszystko – od porannego mycia zębów, po różnego rodzaju ceremonie, przez samą swą naturę związane z sacrum.

A zatem i stworzenie i życie jest TERAZ. Wieczne BYCIE. Czemu nie "trwanie" czy "dzianie się"? Te terminy zakładają istnienie jakiegoś przedziału czasowego, a TERAZ wyklucza przedział, bo jak podzielić TERAZ?

Wyobrażasz to sobie, drogi czytaczu?! Jedno wielkie TERAZ?! Nic straconego, za niczym nie trzeba gonić! Czas nas nie ściga. Czy to nie wspaniała perspektywa? Nasz czas (cywilizacji zachodniej) jest nie do pojęcia dla ludzi spoza jej granic. Oni dla nas, dla naszego świata, żyją poza czasem. A my? Żyjemy przed czy po czasie?

Moja odpowiedź? ŻYJĘ TERAZ! I kropka, o! .
Ale, ale… Spróbuj, na jeden dzień, wyrzucić z języka BYŁO i BĘDZIE.

I jak?

piątek, 6 lipca 2007

Lublin Magiczny



Ciekawe rzeczy można dostrzec wszędzie. Nawet nie trzeba specjalnie się wysilać w tym celu. Zresztą, po co tracić energię na wypatrywanie ciekawych rzeczy? Samo ich wypatrywanie może zmęczyć na tyle, że później łatwo coś przegapić. A tak, po prostu idziesz i nagle:

CHLAST!



Widok z okna KUL na wieżę RL oraz coś zjawiskowego... Coś pozornego...

wtorek, 3 lipca 2007

Na balkonie wielu rzeczy można się dowiedzieć. Dziś dowiedziałem się, że nie ma potrzeby narzekać na poziom wykształcenia polskiej młodzieży. Przysłuchiwałem się dialogowi, który mnie onieśmielił, ponieważ to ja nie byłem pewien swojej wiedzy. Przynajmniej z zakresu języka polskiego. Pośród słów, których nie znam (bo mi nie wypada...) usłyszałem coś takiego:
- Spadaj!
- Sam spadaj!
- Ty dzika świnio, czyli guźcu afrykański!
Koniec.

GUZIEC:
Phacochoerus africanus - ssak parzystokopytny z rodziny świniowatych. Występuje w Afryce wschodniej, południowej i środkowej. [za: Wikipedia]

No i co? Nie jest źle z tym wykształceniem!

niedziela, 1 lipca 2007

Myślostan


nie uczesałem dziś rano swych myśli przed wyjściem,
więc się trochę zmagam z wczorajszym myślostanem,
trochę stagirycko się substancjalizuję,
a resztę świata traktuję akcydentalnie

czy to już egoizm, czy wciąż rozsądek?
tego jeszcze nie wiem i wiedzieć nie pragnę,
bo przyznam szczerze, że się trochę boję,
że uznałbym swoje JA za dość banalne

i ten świata porządek i ta moja istność
straciłyby swój urok quasi-heroiczny...

***
I tu się kończy mój myślostan. Tak urwany, nieuczesany, ale zapisany niemal na żywca. A z tym mam problem największy. Spisać myśl. Ręka nie nadąża. Umysł się broni podsuwając coraz to nowe obrazy.

PS:
Rodzi się kolejny problem: co zrobić żeby w takie miejsce nie zakradł się chaos? Nie chce mi się zakładać tysiąca blogów "tematycznie" poprawnych. Bo i po co? Chwilowo, dopóki uda mi się zapanować nad tym chaosem, będzie tylko ten - jedyny i ostatni. Mój umysł sobie z tym poradzi. Albo się nauczy.

czwartek, 28 czerwca 2007

Węzeł na trąbie


Przyszła mi dziś do głowy doniosła, wspaniała myśl...
Po chwili zapomniałem jaka!

Zastanawiam się czy to istotne? Czy ma jakieś znaczenie to, że miałem tę myśl. A może większe znaczenie ma to, że zapomniałem? W zasadzie, zapomnienie jest o wiele ciekawsze niż pamiętanie. Rodzi pytania, te z kolei zachęcają do szukania odpowiedzi, a to ostatecznie zmusza do myślenia!

O co mi wtedy chodziło?
Kiedy?
Chodziło mi o coś ogólnie?
Czy może miało związek z daną sytuacją?

Na razie pamiętam, by szukać odpowiedzi.

piątek, 22 czerwca 2007

TuTam

Siedzę na balkonie, słucham świerszczy i ptaków, patrzę na drzewa i czuję, że chcę być gdzieś indziej. Nie żeby było mi źle na balkonie. Po prostu – raz na jakiś czas czuję przemożną chęć bycia gdzieś indziej. Ciągłe egzystencjalne między młotem a kowadłem. Jak być tu, gdzie mi dobrze i gdzieś indziej, gdzie też mi dobrze? Jak nie musieć być na raz w jednym miejscu? Jestem tu, ale jednocześnie nie jestem.

Człowiek musi wiele rzeczy.