niedziela, 25 grudnia 2011

Mój Lublin

"Mój Lublin zaczął się na Lubartowskiej 21, prawdopodobnie dlatego, że tam się urodziłam, spędziłam dzieciństwo i młodość aż do 1939 roku, kiedy Niemcy zajęli miasto. Po połączeniu ulicy Nowej z Lubartowską mój dom otrzymał numer 47 [...]"
Róża Fiszman-Sznajdman, Mój Lublin.
 Mój Lublin w pewnym sensie również tam się zaczął. W tym domu, tuż po wojnie (może nawet w 1945) zamieszkał dziadek i urodził się tata. Mój Lublin, w sensie dosłownym, zaczął się na Kowalskiej. Wszystko w jednym i tym samym kotle.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wizyta u szamana

National Geographic. Program pod tytułem: Wizyta u szamana.

Bohaterka Judith, chora na astmę. Według szamanki, u której jest z wizytą (plemię Shipibo, prowadzący program, itp.), na astmę pomaga specjalna dieta rybna. Okazuje się, że jedną z owych ryb jest kajman. Judith nie wypije jego tłuszczu, ponieważ jest uczulona na ryby...

Oczywiście, dramaturgia programu wzrasta. Judith pokazana w swoim lokum pryska aerozolem antyowadowym (pierwszy raz wyjechała z USA).

Sytuacja się rozwija, prowadzący jest zawiedziony jej postawą. Ja nieco jej wiedzą. Zobaczymy co będzie dalej.

Teraz kontuzjowany bokser. Czy podda się kuracji tytoniowej?! Sportowiec. Wielkie wyzwanie. Napięcie niemal u zenitu... Poddał się

Czy to placebo? Prowadzący ma kolejne zadanie. Węże. Szczególnie niebezpieczne te ze skrzydełkami. Czasami ich nie widać.

Ciąg dalszy, kiedy uda mi sie obejrzeć powtórkę, ponieważ musiałem przerwać oglądanie.

niedziela, 18 grudnia 2011

2010 Byłem tu (Stary Rok)

Wygląda na to, że na ten rok wyjazdy się skończyły. Po tak intensywnie wędrującej jesieni, trochę ciężko się przestawić. Zwłaszcza, że klimat na dworze przywodzi na myśl wczesne przedwiośnie. Jest coś specyficznego w zapachu drzew i mokrej ziemi, czego nigdy nie czuję jesienią, a zawsze pod koniec zimy. To specyficzne uczucie znika, gdy ostrzej powieje wiatr.

*

Trzeba kupić jodłę. Rok w rok mam problemy z motywacją w tym zakresie, więc na wszelki wypadek obiecałem Lence, że choinka będzie. Obietnicy w odniesieniu do "klepania" bałwana na razie spełnić nie mogę, to niech sobie przynajmniej stłucze jakąś bombkę.

*

Jak co roku nie chce mi się świąt. To trochę egocentryczne (w końcu każdy ma swoje urodziny, zatem i na moje, jak zwykle nadejdzie pora), a jednak męczy mnie myśl o tych wszystkich ceregielach przed oraz w trakcie. Nie wspominając, że "po wszystkim" nadchodzi zbyt szybko.

*

Nowy Rok. Co roku to samo. Od 35 lat. Czy nie ma prawa się znudzić? Wieczny powrót tego samego: fajerwerki, życzenia, i kolejny rok.

Zawsze bliższy memu sercu był stary rok: Lynyrd Skynyrd, The Allman Brothers Band i po prostu The Band...

*

A niedźwiedzie dostają szajby, bo niby spać trzeba, ale jak tu spać skoro zielono dokoła? Kiedy będzie czas przewracania na drugi bok?

sobota, 17 grudnia 2011

wtorek, 13 grudnia 2011

Wujek Janek

Dziwne uczucie. Są ludzie, którzy po prostu są, zawsze. Od kiedy człowiek pamięta. Są ludzie, których nie może nie być, zaś wiadomość o ich odejściu wydaje się być sennym majaczeniem. Czymś nierealnym do bólu. Są ludzie, którzy, mimo iż oddaleni o tysiące kilometrów, mają wpływ na kształtujące się marzenia, determinują wybory życiowe i pasje.

Wujek Janek (John) był takim człowiekiem. Od kiedy pamiętam. Każda jego wizyta w ojczyźnie i pobyt wśród rodziny były wydarzeniami, które skupiało nas wszystkich wokół myśli, że znowu jest z nami. Wulkan pozytywnej energii i dobroci.

Z wiekiem coraz bardziej schorowany, coraz rzadziej powracający, a jednak myślami zawsze wśród nas. Pamiętał o wszystkich. Do końca.


Wiadomość dotarła dziś w nocy.
Już nie będzie tak samo. 


czwartek, 8 grudnia 2011

Powrócenie

Jestem powrócony. To coś jak nawrócenie, tyle, że w tym ostatnim wybrzmiewa coś niedokończonego, jakaś przerwana podróż, niedoszła przygoda. Powrócenie zakłada jakieś spełnienie, przybycie na nowo skądś, dokąd już się dotarło. Ogólnie rzecz biorąc, mnie podoba się być powróconym.

niedziela, 4 grudnia 2011

Noc w drodze

Siedzę w motelu. Wszyscy dokoła śpią, a ja siedzę. W TV Ostatni sprawiedliwy (gdzie nie spojrzysz, panie, polityka!). Rzucam przelotne spojrzenia w telewizor słuchając jednocześnie Whipping Post. Czas płynie nieubłaganie, a ja siedzę i słucham. I śnię, że położyłem się spać i śnię, że siedzę i słucham...

Sarna, która wczoraj na jakiejś bocznej drodze wyszła, by popatrzeć jak sobie radzę w jeździe górskiej, wciąż wwierca mi się w umysł wielkimi oczami. Spokojnie stała na poboczu, gdy ją mijałem. Egzamin zdany?

czwartek, 1 grudnia 2011

Myszołów II - Wieczny Powrót Tego Samego

No i stało się! Jestem prześladowany, ja się tak nie bawię i w ogóle! Wracam sobie z Warszawy, dziecko śpi w foteliku, piękna pogoda... I nagle szum skrzydeł, łopot, pisk i... No, prawie... Znowu mnie przeleciał myszołów przed szybą. Oczywiście inny, w zupełnie innym miejscu i zupełnie inaczej. Trochę ciężkawo, ale jednocześnie bardzo zgrabnie (ciekawa figura...). I tak sobie przeleciał i tyle go widziałem. Był tak blisko, że mogłem dojrzeć jego oczy! Niesamowite.

Wniosek sam się nasunął (bystry może nie jestem, ale co zrobić): Na asfalcie leży tyle padliny, że dla takich niewybrednych drapieżców (ktoś zna wybrednych? Nawet człowiek nie świnia - wszystko zeżre) będzie wyżerka na całą zimę! Niedługo będziemy mieli w kraju osobniki wyspecjalizowane w sprzątaniu asfaltu. To z kolei, w znacznym stopniu może przyczynić się do zmniejszenia liczby wypadków, ponieważ kierowca nie będzie musiał przy 140 kaem na ha omijać padliny, by uderzyć w rowerzystę!

A rowerzysty i tak myszołów nie ruszy... Kierowco, nie warto!

APELUJĘ DO KIEROWCÓW: Pomóż drapieżnikom przetrwać zimę. Widzisz gryzonia - nie hamuj! Widzisz padlinę - nie rusz rowerzysty!

Ojej, poniosło mnie...

PS. Poluję na rower. Taki do jazdy po lesie...

wtorek, 15 listopada 2011

Myszołów

Jeżdżenie samochodem, prócz wielu zalet, ma jedną poważną wadę. Nigdy w życiu  nie widziałem tylu martwych zwierząt. Widok często przypomina najbardziej szalone pomysły najbardziej zboczonego scenarzysty od horrorów.

Jednak te widoki czasem uciekają gdzieś na tyły świadomości. Szczególnie w momentach, gdy widzisz śledzące twój samochód oczy stojącego na poboczu lisa czy jelenia. Tym stworzeniom na razie się udało i oby tak zostało.

Uwielbiam Lasy Janowskie. Mam do nich sentyment jeszcze z czasów zawiszackich. Pamiętam obozy w Łążku Zaklikowskim - tego nie da się zapomnieć (pierwszy obóz w 1987!). W niedzielę wracaliśmy z Jasła i byliśmy akurat na szosie wiodącej przez las. W pewnym momencie tuż obok samochodu, który nas poprzedzał na poboczu coś się zakotłowało. Tuż nad jego dachem wyleciał z lasu drapieżnik (na pierwszy rzut niewprawnego oka - myszołów, ale prawdopodobnie się mylę). Przeleciał może ze trzy metry przed naszym samochodem i wylądował na szczycie niewysokiej sosny po drugiej stronie jezdni. Pod jego ciężarem całe drzewko aż się wygięło!

Gorączkowe próby dojścia co to za ptaszydło spełzły na niczym, więc pozostałem przy wersji oryginalnej - myszołów. Żałowałem tylko, że

a) aparat miałem schowany w bagażniku, a nie pod ręką
b) i tak założony był zbyt krótki obiektyw (24-70)
c) za nami jechało kilka samochodów, więc ostre hamowanie mogło dla nas oznaczać niezbyt miłe   zakończenie podróży

Wniosek:
a) trzeba mieć aparat zawsze pod ręką (wiem to, a jednak zbyt często popełniam ten sam błąd w podróży)
b) trzeba jeździć szybciej, żeby nikogo nie było za i przed nami, bo czuję presję by się nie zatrzymywać :)))


czwartek, 27 października 2011

Lavater i detronizacja Apolla

Był kiedyś taki talent Lavater, którego ambicją było stworzenie nauki o osobowości na podstawie cienia profilu. A w tymże najistotniejszy miał być cień nosa. Jeśli idealnie prosty  - znaczy człowiek szlachetny. Natomiast wklęsły cień nosa względem profilu... Dramat. Zdradza bowiem jakąś słabość charakteru. Pomyśleć, że sam Apollo (belwederski) został w ten sposób przejrzany...
Cóż, można tylko rzec, że nie ma piękna bez skazy...


Cień nosa zdemaskował boga światła.

Cień naszej twarzy mówi o nas wszystko. Słabość ciała i charakteru, upadek i nędza ludzkiego żywota zapisane są w cieniu. Strzeżcie się przed rzucaniem cienia w obecności kogoś, kto na cień ma baczenie. Jeden rzut oka i jesteście ugotowani.

PS. Jedyny ideał dostrzeżony przez kaznodzieję, to profil Chrystusa, którego (o, dziwo!) nie opisał cieniem.

środa, 26 października 2011

Autodestrukcja

Mocarna ręka włodarza
drży nad guzikiem,
lecz jest coraz niżej, niżej
i niżej

Gdyby był niewidomy
przez skórę czułby
ciepło czerwieni

Lecz on widzi wszystko
a rozumie wiele,
dlatego drżąca dłoń
zniża się powoli
choć nieustannie

W tym czasie włodarz waży
wszystkie za i przeciw 
nie umiejąc podjąć decyzji

pozwala więc ręce opaść swobodnie
- niech dłoń zdecyduje!
po czym wzdycha z ulgą

dłoń opada bezwiednie

kolejny krok w kiedyś

Nowe wspaniałe lektury

Lewis Henry Morgan - Liga Ho-de'-no-sau-nee, czyli Irokezów. Długo na nią czekałem...
John Gage - Kolor i znaczenie. Długo czekałem na przecenę! Zastanawia mnie ilość czarno-białych ilustracji w tej pozycji. Zobaczymy...

Oby teraz spłynęło błogosławieństwo czasu, zrozumienia i pamięci...

sobota, 22 października 2011

Błazeństwo

Indianie Akoma mówią, że pierwszy błazen, Kashare, różni się od ludzi: nigdy się nie boi, nic nie jest dla niego święte, wszędzie może dotrzeć, ponieważ "wie coś o sobie". Znając samego siebie do końca, może siebie przekraczać: w jego śmiechu kryje się wyswobodzenie, a w wyswobodzeniu - wolność. Błazeństwo, podobnie jak inne formy refleksywności, jest paradoksalne, ponieważ obala samo siebie, a jednocześnie samo siebie przekracza.
(Babcock B.A., Poukładaj mnie w nieporządek: fragmenty i refleksje na temat rytualnego błazeństwa.)

czwartek, 20 października 2011

Błazenada

A jednak można. Nawet Palikot w obecnej postaci powinien mieć swoje miejsce w życiu medialnym i publicznym. Cały jego ruch można by skwitować jako błazeństwo (Czy kogoś oburzyły moje słowa? Dlaczego?).

Błazeństwo nasza kultura zepchnęła do najciemniejszych zakamarków piwnic oraz przedszkoli, jako coś absurdalnego, głupiego, infantylnego. Zwykliśmy traktować owo zjawisko, jako charakterystyczne dla dzieci i osób niespełna rozumu. Błazeństwa należy się wstydzić, bać się go, a wręcz wyśmiewać!

Tymczasem poparcie dla błazeństwa w narodzie zawsze istniało. Może części z nas jeszcze kojarzy się ze Stańczykiem, może ktoś z nas jest błaznem. Z pewnością jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że bez błazeństwa ten świat byłby nie do wytrzymania. Jego powaga, ogrom odpowiedzialności jaki ze sobą niesie, wyzwanie jakie przed nami stawia, bez kanału w postaci błazeństwa byłyby nie do wytrzymania.

Polityka to w dzisiejszym świecie najbardziej oczywisty nośnik tego błazeństwa. Błaznami są dla jednych przedstawiciele jakiejś partii, dla innych drugiej. To najmniej istotne. Ważne natomiast jest to, byśmy mieli jakiegoś błazna, dzięki któremu rozprawimy się z patetyczną powagą rzeczywistości.

środa, 19 października 2011

3:1

Czy Stwórca jest tricksterem? Stworzył świat tylko po to, by z jego fragmentów stworzyć trzy inne, a temu pozwolić upaść.

sobota, 15 października 2011

Szamani mordowani w Peru!

W serwisie internetowym Peruvian Times z 05.10.2011 znalazła się informacja o 14 morderstwach popełnionych w ciągu ostatnich 20 miesięcy na zamieszkujących dystrykt Balsa Puerto szamanach. Do tej pory odnaleziono 7 ciał. Szamani zabijani byli z broni palnej, zadźgani bądź ginęli pod ciosami maczet.

Prokuratorzy twierdzą, że w sprawę może być zamieszany burmistrz oraz jego brat, nazywany przez miejscowych łowcą czarownic. Obaj należą do jednej z protestanckich sekt, które uważają iż:

[...] szamani są ludźmi opętanymi przez demony, więc muszą zostać zabici.

Sam burmistrz winą obarcza członków rodzin, którzy zabili szamanów w zemście za nieskuteczne leczenie. Ponoć przez wiele lat stosowali oni starożytne sposoby zabijania czarowników odpowiedzialnych za zgony pacjentów.

Mnie osobiście tłumaczenie burmistrza nie bardzo przekonuje. Starożytne sposoby musiałyby uwzględniać strzelanie z broni palnej! Poza tym, do dzisiaj w całej Ameryce nie byłoby nawet jednego szamana, jeśliby od starożytności istniała praktyka wykańczania szamanów przez niezadowolonych "klientów" (przypomnę: 14 zabójstw w ciągu 20 miesięcy!). Jakoś cienko to widzę.

Jeśli zabójstwa te nie były wytworem czystego fanatyzmu religijnego, to z pewnością mają podłoże polityczne. Trudno jest okiełznać społeczność, dla której autorytetem jest ktoś inny niż ten, kto, niejednokrotnie wyłącznie we własnej opinii, powinien dzierżyć jedyny ster władzy.

środa, 12 października 2011

Rudy początek zmian?

Dochodzi 22.00. Wychodzę z domu z workami na śmieci i idę w stronę śmietnika. Jest mi ciepło, choć mam na sobie krótki rękaw. Rześkie powietrze sprawia, że oddycha się lepiej. Wracając, kątem oka dostrzegam zwierzę, które biegnie równolegle do mnie. Na początku pomyślałem, że to pewnie jakiś bezdomny kundel. W końcu kilka ich tu wokół bloków biega. Jednak wydawał mi się zbyt długi i zbyt niski. I ten ogon... Jakiś psiur na smyczy  trochę go obszczekał, więc truchtem ruszył wzdłuż mojego bloku. Teraz wyraźnie dostrzegłem z jakim to stworzeniem mam do czynienia. Lis przebiegł obok wszystkich klatek schodowych zatrzymując się na chwilę przy mojej. Prawdopodobnie dlatego, że za nią czekała otwarta przestrzeń. Według źródła zbliżonego do mnie, był tam dla mnie.

Dlaczego?

czwartek, 6 października 2011

Kirkut

Ciekawa sprawa. Jest mur i furtka. Przechodzę obok niej niemal każdego dnia. Zaglądam pomiędzy jej żelaznymi prętami, by popatrzeć na wspaniałe popisy słonecznych promieni (zjawisko niezależne od pory roku). Otóż od lat przyrzekam sobie, że skontaktuję się z opiekunem tego miejsca, by móc je wreszcie przeżyć. To ciekawe, że od dzieciństwa znam to miejsce a w obrębie murów jeszcze nigdy nie byłem.

Tymczasem wczoraj przechodziłem tamtędy z córeczką i kolegą Bartkiem (bloglublin.blogspot.com - polecam!), który po prostu pchnął furtkę, zaś ta, niczym Ekskalibur, okazała się posłuszna jego woli!

Dlaczego nigdy nie pchnąłem tej furtki?


poniedziałek, 3 października 2011

Jesienne zmiany

Tak powoli jesiennie zaczynam wprowadzać delikatne zmiany w moim blogowaniu. Moje szamanie kiedyś bardziej przejawiało się w formie słownej niż w obrazach. Od pewnego czasu jednak słowa gdzieś mi zaczęły umykać. Będę musiał nad tym popracować. Obrazy będą się pojawiać przede wszystkim na moim wordpressowym blogu (tomasztoroj.pl/blog). Zdjęcia na samej stronie, przez którą wchodzi się do bloga, są bardzo zwykłe. Musiałem dać jakiś materiał. Jednak to blog ma żyć przede wszystkim i mam nadzieję, że wkrótce już tak właśnie się stanie.

To takie moje nowojesienne postanowienie. Odkurzyć słowa. Jak mi Puchatek świadkiem.

czwartek, 15 września 2011

Cień


Jakiejkolwiek książki ostatnio bym nie podniósł czytam w niej o cieniu. O ile z Krótką historią cienia sprawa jest dość oczywista, to już w przypadku reszty pozycji sytuacja wymaga wyjaśnienia.

Opisanie światła poprzez cień. Może dla kogoś oczywiste - dla mnie fascynujące!      

środa, 14 września 2011

Zachód słońca w Łodzi


Czasem nic nie widzę. To taki rodzaj kalectwa - muszę przystawić do oka protezę i bez szczególnego celu kierować obiektyw w różne strony. Z drugiej strony, obiektyw aparatu można traktować jako lunetę, którą siedzący w bocianim gnieździe marynarz przeczesuje linię horyzontu w nadziei na odkrycie nowego lądu.

Chcę być tym marynarzem. Nie boję się wysokości. Problem mam jedynie z wodą. Jest taka głęboka...


wtorek, 13 września 2011

Romantic State of Mind

Nie ma chyba dnia, byś w Kazimierzu nie natknął się na młodą parę biegającą po rynku i okolicach w poszukiwaniu pięknych ujęć. To naprawdę przyjemny widok - te wszystkie panny młode z podkasanymi sukniami... No i oczywiście ich eleganccy chłopcy. Ups, mężowie...

Cóż, w takich miejscach nic chyba nie jest w stanie popsuć romantycznego klimatu... Czasem tak sobie chodzę i dokonuję alternatywnej niby-sesji. Ot, tak. Dla czystej przyjemności.

niedziela, 11 września 2011

WTC 2011

Jakoś tak już mam. Zawsze w rocznicę zamachów, gdy oglądam nagrania ataków,wyciągam stare zdjęcia z pobytu w NYC. Przypomina mi się świetny nastrój, piękna pogoda i niesamowite kaniony ulic Manhattanu. To miasto robi olbrzymie wrażenie na zwiedzającym.




autor zdjęcia: Tomek "Masztalski" Marciniak

sobota, 27 sierpnia 2011

Chałupa Elektryków (lata 90)

Zebrało mi się na wspomnienia. Jakoś nie potrafię od nich ostatnio uciec . Ścigają mnie i dopadają w każdym momencie. Jednak najczęściej wracam w głębokie lata mojej młodości. W czasy eskapad w Beskid Niski ze zgrają kolegów i koleżanek. To jedna z niewielu okoliczności, gdy lubiłem "tłum". Do dziś czuję zapach traw na Biskupim Łanie (dokładnie - przez A! :P), czuję smak wody ze studni pod Chałupą. Żadne późniejsze włóczęgi po Beskidach czy Bieszczadach nie miały tamtego klimatu. Może to dobrze, może źle. Tak już jest.

Teraz wszyscy rzuceni w różne okoliczności. Jedni dobre, inni nie wiem, a jeszcze inni pewnie w niezbyt dobre. Jednak wielu z tych ludzi pamiętam. Twarze, śmiech (pamiętam dużo śmiechu) oraz, mniej więcej, zachowania. Nie pamiętam głosów. Nie słyszę ich. W sumie, prawie jak we śnie. Czy to korytarz w mojej jaskini? 

Zdjęcie wykonał zapewne Jankes. Większość zdjęć z tamtych wypadów wykonywał Jankes. A jeśli ktoś jeszcze fotografował, to niestety - nie mam namiarów. Szkoda.


Żydowska handlarka z Kowalskiej (inscenizacja)



czwartek, 25 sierpnia 2011

Kowalska, 80 lat później




Inicjatywa z okazji 100 urodzin Stefana Kiełszni, lubelskiego fotografa-dokumentalisty. Teatr NN oraz uczniowie Zamoja przenieśli wycinek ulicy Kowalskiej w połowę lat 30 ubiegłego wieku. Było krótko, ale ciekawie. Jeden z mankamentów - parkujące przy ulicy bardzo współczesne automobile.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Jaskinia IV

Jedyna rzeczywistość to jaskinia. Nie ma żadnego zewnętrza. Wszystko się w niej zawiera. Tylko zazwyczaj brakuje światła, by ujrzeć prawdę. Dlatego należy wnikać do jej wnętrza z odrobiną ognia. Nie przejmować się otarciem łokci i kolan. I nie zapominać o tym, by sprawdzać czy trafiliśmy na jakieś rozszerzenie i możemy wreszcie wyprostować plecy. Bywa, że idziemy na czworaka, gdy już od dawna moglibyśmy odetchnąć i rozprostować kości. Życie.

Ciemności są zbawienne na pewnym etapie. Wąski korytarz przeraziłby pewnie niejednego śmiałka. Tymczasem wchodzimy do wnętrza jaskini karmiąc się jeszcze iluzją zewnętrza, że to nie potrwa zbyt długo - wąski korytarz, ciemność, wilgoć i drążący umysł odgłos kapiącej ze sklepienia wody. Dopiero później dociera do nas cień prawdy. Będzie to trwało na tyle długo, że zewnętrze utraci dla nas swoją realność na rzecz jaskini. Do momentu, gdy będziemy na to gotowi.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Jaskinia III

Jaskinia żyje. Sama maluje swoje ściany, nasz umysł i rękę traktując jako narzędzie. Ona tworzy matrycę dla naszych wyobrażeń i podejmuje za nas wybór dotyczący tego, jaki i w którym miejscu na jej ścianach ma się znajdować wizerunek.

A może nie? Może jaskinia jest tylko tablicą, na której zapisujemy wszystko to, czego w niej nie ma a być (przynajmniej w naszym wyobrażeniu) powinno? Wchodzimy do niej na klęczkach, skuleni, prześlizgujemy się na brzuchu poprzez zawężenia korytarzy szukając kolejnej komnaty, by wydobyć wszystko to, co tkwi w naszych rozgorączkowanych umysłach?

A jeśli nie? Może z każdej komnaty trzeba wydobyć to, co dla niej szczególne? Co o niej stanowi a jednocześnie w jakiś sposób odnosi się do nas? Jeśli coś z niej wydobywamy, to wniosek można wyciągnąć tylko taki, że już coś się w niej znajdowało.

A może nie? Może nie wydobywamy nic z jej ścian i jej głębi, lecz jedynie z naszej nieświadomości, którą uzewnętrznia bodziec w postaci słabo oświetlonych pochodnią ścian i cieni błąkających się po setkach zakamarków?

A może Platon się mylił i nie ma nic poza Jaskinią?

Zielnik

sobota, 6 sierpnia 2011

Ewelinka, Michał i mała pszczółka

Mała pszczółka znalazła się na zdjęciu przez przypadek. Zdjęcie miało uwiecznić bajeczny pobyt nad morzem w "przeddzień" jakościowego przeskoku w życiu, ale pszczółka pracowicie pojawiała się w prawie każdym kadrze.

środa, 3 sierpnia 2011

Pantera chińska, ZOO w Łodzi




Przykry widok, gdy rodzice chcąc zaimponować swoim dzieciom dają przykład zwykłej bezmyślności. Dawno już nie byłem w ZOO, ale specjalnie dla Lenki wybraliśmy się do ogrodu w Łodzi. Ona była zachwycona ("koć, koć!"), a ja patrzyłem jak inni rodzice z pociechami na ramionach dokarmiają wikunie, zaś inni zwiedzający drażnią przez kraty pantery, by wykonać bardziej efektowne zdjęcie. Smutne to.

środa, 20 lipca 2011

Język psów

Zbierający chrzan w wąwozie człowiek (zawiany, a jakże!) spojrzał na Kirę i opowiedział, jak to został dziś podrapany przez swojego 38 kilogramowego amstaffa. Przez nieuwagę, bo do psa trzeba "chlapu,chlapu", żeby się napił i "luli, luli", żeby zasnął. A on podszedł do swojego psa znienacka.

Baszta II, Jarosław

Jaskinia II

Pierwszy raz od dłuższego czasu zobaczyłem świat (i światło) przed wschodem słońca. Zapomniałem już, jak wiele odcieni może kryć się w zwykłej zieleni czy owocach jarzębiny. Od południa nadciągała burza, czarne smoliste chmury, które jakoś dziwnym trafem rozpłynęły się momentalnie, mimo że zaczynało grzmieć i błyskać. Niestety, okazją do wyjścia był szybki spacer z psem, więc nawet marzyć nie mogłem o ponownym wyjściu z aparatem.

Muszę to chyba narysować w swojej jaskini. Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego wizerunku żadnej rośliny nie spotyka się w sztuce jaskiniowej? Nie chodzi mi oczywiście o rośliny uprawne (na to było zbyt wcześnie), ale o rośliny mające zastosowanie w szamanizmie. Eliade uważał, że stosowanie halucynogenów było raczej dość późnym wynalazkiem czy wręcz wypaczeniem. Jeśli tak, to brak tych motywów nie powinien dziwić, a jednak pozostaje pewien niedosyt. Gdzie Drzewo Świata - Axis Mundi?

W mojej jaskini na razie ściany milczą.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Sikorki

Mamy za oknem drzewa. Gdy położę się na kanapie w salonie i akurat pobliską ulicą nie przejeżdża żaden samochód ulegam złudzeniu, że mam za oknem las. Zwłaszcza po deszczu, gdy drzewa obsiądą stada sikorek modrych lub bogatek. Czasem zaplącze się wśród nich jakaś zięba. Zdjęcia robię zwykle przez szybę, by ich nie spłoszyć.



piątek, 1 lipca 2011

Moje miejsce

Chcę sobie znaleźć jakąś jaskinię. Właściwie już znalazłem. Na razie przeprowadzam rozpoznanie. Nie sprawdzałem co w środku. Badam wejście, ale domyślam się, że w środku będzie odpowiednia. W końcu to moja jaskinia. Szykuję barwniki, rozcieram na skałach by sprawdzić odcienie.

Wkrótce zapuszczę się do środka. Na razie lękam się jej ciemności. Wiem, że to z czasem minie. Dlatego daję sobie ten czas. Bez wyrzutów sumienia.

Dziennik senny I

Kocham cię

Mam żonę i dziecko

Wiem, a mimo to chcę z tobą być

Wiesz, że to niemożliwe

Spójrz, mam bilety do Ameryki. Leć ze mną. Tylko ty i ja.
Lub podrzyj, a zostanę z tobą.
Wystarczy, że powiesz...


Nie mogę...

I tak będę tu na ciebie czekać

niedziela, 5 czerwca 2011

Noc kultury 2011

Wyszedłem sprawdzić. Na niebie, jak co noc świecą gwiazdy. Na ławkach pod blokami też żadnych zmian. Kira generalnie nie przepada za nocnymi spacerami, również dzisiaj nie było od tej reguły wyjątku. Jakiś mocno zawiany gościu toczył się na ramieniu (chyba) swojej dziewczyny bełkocąc jakieś pierdoły. Dwóch odlotowo napitych kolesi dryfowało w stronę Starówki - widać kręci się jakaś impreza.Czy bywa kiedyś inaczej?

*

Wróciłem do domu i przeglądam filmy. Co warto w noc kultury? Fellini? Gdzież... Na co dzień mam Felliniego... Pomyślałem, że może warto połknąć książkę, ale w nocy?! A kiedy mają odpoczywać oczy?

*
Siedzę przed monitorem i odliczam minuty do zbawczego snu. Przyjdź i zabierz mnie do jutra. Tyle, że z tym jutrem wcale nie jest mi spieszno. Dlatego wciąż siedzę tępo wpatrując się w minutnik i spoglądając ile baterii ubyło od czasu ostatniego naładowania telefonu. Nie ma co! Kultura wyższa.

*
Pocieszam się myślą, że rano będzie po wszystkim.

piątek, 3 czerwca 2011

Kim - szkic

Nazywam się Kim.
Jestem dobrym człowiekiem. Zwierzęta przede mną nie uciekają. Właśnie kogoś zabiłem.

*

Palę papierosa. Czuję jak płuca wypełnia mi smoła. Przyszła mi do głowy myśl, że gdybym zanurzył się w jeziorze i nabrał pełne płuca wody, byłoby to lepsze uczucie. Jeden papieros i takie przejścia a wiem, że nie spocznę dopóki nie wykończę jego 19 braci. Ponoć w papierosach drzemią demony. Palenie, jak sądzę, to nie jest najlepszy sposób na pozbycie się ich.


*

W burdelu impreza. Podobnie jak w domu zakonnym po przeciwnej stronie parku. Święta jednoczą. A ja siedzę na balkonie i myślę o tym, która z imprez ma w sobie więcej czystości?

*

Jestem szczęśliwy. Naprawdę. Cały czas ktoś, gdzieś, zwraca mi uwagę na marsowe czoło, nieobecny wzrok (prawie trafione!) i zmarszczone brwi. Nie powiedziałem, że jestem radosny a szczęście przecież niewiele ma wspólnego z głupawą miną i uśmiechem od ucha do ucha. Powiedziałbym wręcz, że jest to oznaka głębokiego nieszczęścia i upadek. Jestem szczęśliwy, radosny bywam. Dość rzadko.

*
Z iloma twarzami rodzi się człowiek? Którą i kiedy wybiera, by reprezentowała go przed światem? A którą ze swych twarzy pokaże człowiekowi świat? 

*

To ciekawe uczucie zabić kogoś i nie czuć w związku z tym nic. Nie osądzać się, nie usprawiedliwiać. Co prawda, nie dało mi to spokoju, a wręcz przeciwnie. Czuję niepokój, jednak nie mający, jak podejrzewam, zupełnie nic wspólnego z tym, który odczuwają zabójcy. Nie lękam się, że ktoś odkryje, przecież sam o tym mówię otwarcie. Nie boję się osądzania, między innymi po to właśnie dokonałem zabójstwa.

Kot podchodzi ocierając się o nogawki spodni, młody kos siedzi na drzewie i obserwuje mnie ciekawie z odległości metra. Gdyby był 20 razy większy i parę kilogramów cięższy zabiłby mnie dla obrony swojego gniazda.

*

Przez otwory w murze słońce wygląda cudownie. Nie docenia się tego na co dzień. Tam gdzie mur się nieco wykruszy promienie wpadają tak łapczywie, że wręcz można poczuć pulsujące w nich życie. Łapię je codziennie w pustą butelkę i zachłystuję.

*

Nazywam się Kim. 
Byłem dobrym człowiekiem. Właśnie się zabiłem.

poniedziałek, 30 maja 2011

Kozienice i okolice

 Jak zwykle bez mapy, bez przygotowania i planu. Ruszyłem w las i postanowiłem zrobić zdjęcie. Pech chciał, że las skończył się "tuż za rogiem". Znalazłem się w jakiejś wsi, której nazwy nie pamiętam. Uprzejmy rolnik wywiózł mnie ciągnikiem w pole. Nie powiem, na moje własne życzenie. 3 może 5 kilometrów. Spontan. Niestety ta decyzja kosztowała mnie marszrutę asfaltową, okrężną drogą do Kozienic. Aparat w ręku trzymałem tylko i wyłącznie po to, by ulżyć plecom.

Kiedy wreszcie stwierdziłem, że nie ma co się wygłupiać (przyciągałem wzrok każdej pracującej w polu grupki ludzi) i schylałem by schować sprzęt, zauważyłem kątem oka, że z odległości kilkudziesięciu metrów przygląda mi się sarna. Szybko więc podniosłem aparat do oka. To trochę ją przestraszyło (ciekawe dlaczego...?). Kiedy jej szamotanina wyglądała coraz bardziej desperacko, postanowiłem się zmyć i dać jej odsapnąć. Musiała biedaczka zabłądzić w czasie nocnej wędrówki i chowała do południa w trawie. Mam nadzieję, że ostatecznie znalazła jakieś wyjście z opresji.