wtorek, 17 czerwca 2014

Podróże po Jurze

Zawsze, gdy tu wracam czuję powiew historii. Nie tylko z powodu Orlich Gniazd i dającego się wyczuć w powietrzu tajemniczego klimatu średniowiecza. Chyba chodzi tu o bardziej subiektywny punkt widzenia: mojej własnej historii. W dodatku mocno zamierzchłej. 

Ciekawa rzecz, dla mnie jurajska opowieść zaczęła się w czasach, gdy zamki stały w ruinie (malowniczej, ale jednak ruinie), a dotarła do momentu w historii, gdy jaśnieją niegdyś utraconym blaskiem (przynajmniej niektóre z nich). Trochę to wszystko pogmatwane. 

Ces't la vie!










poniedziałek, 9 czerwca 2014

Moja droga!

Coś jest w drodze i wędrowaniu. Paradoksalnie, niweluje zmęczenie wraz z nakładem kilometrów. Tym razem nie trafiłem na Carską, lecz do Narwiańskiego Parku Narodowego. Pozwolę sobie wyrecytować pseudo-spontanicznie (spontanicznie było myślnie):

byłem w Narwiańskim 
w klimacie wkurwiańskim

bo upał, bo większość drogi w samochodzie, bo komary tną jak cholera.

A jednak, przeszedłem ok. 15 km w skwarze, pocięły mnie komary, popatrzyłem z dala na łosie (które w naszym kraju być może już niedługo nie będą mogły czuć się bezpiecznie - polecam akcję podpisywania petycji w ich obronie), podpatrzyłem polującego błotniaka, sfotografowałem wodniczkę (zagrożony w skali europejskiej gatunek ptaka).

Jednak naprawdę upoił i ukoił mnie aromat! Lasów, pól, rzeki, łąk. Momentami kręciło się w głowie. Wtedy zatrzymywałem się i zaciągałem powietrzem, niczym nałogowy palacz dymem. Wirowało, oj wirowało! Zapach momentami naprawdę oszałamiał. Były chwile, gdy czułem się jak w Poleskim.

Ów wzmiankowany wyżej nastrój odszedł w niebyt. Mimo, że zdjęcia nie do końca są takie, jakie miały być (tzn. ostatecznie są takie, jakie miały być, ponieważ nie są inne - w zasadzie, to chyba wszystko JEST TAKIE, JAKIE MA BYĆ, czyż nie?), to Droga chyba zawsze jest jaka jest i tyle. Nieważne, carska czy niczyja...

Kopaczowi, choć tutuł raczej heleński ;)



wtorek, 3 czerwca 2014

Trzy gapy, czyli pochwała refleksu


Dzień na Podlasiu. Każdy wyjazd w okolice Ulanu traktuję jako szansę na znalezienie się w ciekawej okoliczności przyrody. Nie inaczej zaczął się ostatni mój pobyt. Jechałem sobie samochodem w upatrzone na poprzednich wypadach miejsce, gdy nagle z okolicznych drzewek sfrunął sporych rozmiarów myszołów! Był tak nisko, że prawie usłyszałem, jak szponami rysuje wzorki na dachu. Udało się jednak uniknąć kolizji, ale widok był piękny.

I to było wszystko. Chodziłem starymi i nowymi ścieżkami, ale nic ciekawego się nie działo, a na domiar złego zaczął padać deszcz. Widok pól, a nawet sadzonego równo w rządek lasu sosnowego dawał jakieś tam pocieszenie, choć najważniejszy był zapach... Mokry las iglasty! Ile wspomnień zakotłowało się w głowie!

Szedłem sobie lekko pijany wrażeniem, gdy nagle ok. 10 metrów ode mnie z trawy poderwała się para trzmielojadów! Odruchowo podrzuciłem aparat do oka, ale niestety autofocus się nie popisał i pierwsze (najbliższe!) kadry... nie istnieją. Ptaki zaczęły się wzbijać w powietrze, więc w akcie desperacji zagwizdałem parę razy. Zawróciły! Zaczęły krążyć mi nad głową i przyglądać się z góry, zapewne rozmyślając nad tym czy mają do czynienia z jakimś słabo rozgarniętym i niedouczonym śpiewakiem, czy z kimś, kto ma przetrącone skrzydło i przy okazji jest słabo rozgarniętym i niedouczonym śpiewakiem. Po kilku minutach odleciały w swoją stronę. Jedynym śladem po nich była ugnieciona trawa.

Szukałem jeszcze jakichś drapieżników do uwiecznienia. Zauważyłem, że daleko nad łąkami krąży coś dużego. Zagwizdałem kilka razy. Ptak momentalnie ruszył w moją stronę! Kruk zbliżał się szybko kracząc i wrzeszcząc. Nie minęło 20 sekund a nad moją głową, znikąd pojawiły się niczym F-16 3-4 kruki. Latały i wrzeszczały, więc stwierdziłem, że na mnie już czas zwłaszcza, że komary zaczęły dawać się mocno we znaki.