sobota, 31 października 2009

Z innej beczki...

A propos owoców morza... Może bardziej warzywa? Dosięgło je zlodowacenie, więc przetrwały do naszych czasów. Prehistoryczne stwory, morska mafia, a w gruncie rzeczy bezbronne i całkiem nieżywe. Niby groźne, ale całkiem ładnie pozowały. Niestety, dziewczynie opiekującej się stoiskiem nie spodobał się pomysł uwiecznienia jej podopiecznych: "No, no!"


Cóż, zmrożony niechęcią podryfowałem ku odległym stoiskom.

piątek, 30 października 2009

Goosie

W hiszpańskich posiłkach najbardziej odpowiada mi wino. Czerwone, wytrawne i dużo... Choć przyznać muszę, że owoce morza też mi przypadły do gustu, ze względu na brak ogryzków. Gosia jadła, ja piłem - pełen luz.

czwartek, 29 października 2009

Sigüenza

Słów wciąż jak na lekarstwo. Mówię obrazami, które mam w głowie. A w głowie blokada. Furtka do Tajemniczego Ogrodu gdzieś znikła. Odbijam się od muru próbując przebić go głową. A może nie trzeba? Może, gdybym spokojną myślą szedł przed siebie, nie napotkałbym żadnego oporu?

Ale do umysłu nie trafia tak proste rozwiązanie, więc przetwarza to po swojemu w mit. Mit, który wydaje się podsuwać o wiele bardziej skomplikowane i czasochłonne rozwiązanie niż tłuczenie głową... A zatem tłukę. Furtki, jak nie było, tak nie ma.

A przecież po drugiej stronie Hesperydy, jabłko - owoc zakazany*. Wąż czy smok - jeden pies...






___________
*Nic to, że ów owoc jabłkiem nie był; był po prostu owocem. Jedyne zakazane jabłko przypadło w udziale Śpiącej Królewnie.

poniedziałek, 26 października 2009

niedziela, 25 października 2009

WPIS AWARYJNY

Zbuntował mi się blogger - wyskoczyły jakieś krzaczki, reklamy i szlaczki. Teraz nie ma Patrzaków itd., i nie mogę chwilowo nad tym zapanować. Jutro stoczę bój.

A na razie spać...

sobota, 24 października 2009

Niedziela

Pogoda niewyjściowa. Mżawka na dworze, więc oddaję się mrzonkom. Przeglądam notatki, których dziennie produkuję ostatnio masę, po to, by wieczorem odłożyć na stos. Bezskutecznie czekam aż zapłonie - ideą? Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie...

Pies nic sobie nie robi ze zmiany czasu. Działa o wiele bardziej racjonalnie niż człowiek, który wymyślił kalendarz, a teraz robi wszystko by temu tworowi podporządkować naturę i, przede wszystkim, swoje życie. Cofamy godzinę, popychamy godzinę. Gonimy i uciekamy przed czasem. Berek.

W notatkach coś miałem na ten temat, ale w stosie, który jeszcze nie płonie (dlaczego?) nie chce mi się szukać. Słucham bluesa i patrzę przez okno. Za oknem mleko. Naleję go sobie do kawy, może będzie lepiej smakowała, bo mi jakoś gorzko...

Na dworze inspiracja czyha na mnie za każdym rogiem. Etno-taca, którą ktoś zostawił pod wieżą, z której opuszczam się po linie - dziś zakończonej zawieszoną dla ułatwienia ucieczki puszką, kusi fotogenicznością. Puszkę można zatrzymać na nieparzystych piętrach (wyłącznie). Wyjątkiem jest piętro X. Powód do dumy. Z czegoś trzeba być dumnym.
Bogatka zrosiła moją głowę kroplami strząsanymi z liści. To powinno wróżyć powodzenie. Mogłoby, ale... krople trafiają na kark. Chłodno wita mnie nowy dzień. Gołębie do połowy zanurzone w kałuży nie zamierzają przerywać kąpieli, mimo, ze prawie je zadeptałem.

Muza obnażyła przede mną wszystkie swoje wdzięki!
Nie miałem przy sobie aparatu...

Wspominam inne z nią spotkania...



środa, 21 października 2009

Czasoprzestrzeń

gdybyś tylko potrafiło tak gorąco pożądać,
jak lodowato jest ci obojętne

składasz zdradziecki pocałunek na moim czole
i czekasz, aż jad zacznie działać

zakrzywienie czasoprzestrzeni nie pozwoli nam żyć wiecznie
- pozwoli nam nie być

wtorek, 20 października 2009

Rycerze, hawks i chuchacz*

Miało być o ekstensjach, przestrzeni, dystansie i latach świetlnych. Chciałem napisać coś o ewolucji zewnętrznej (ekstensjonalnej, względnie ekstensywnej) oraz postrzeganiu etnografa przez społeczność pierwotną (zgubna ciekawość) i owocu tegoż w postaci Wielkiego Ducha...

Jednak dojmujący stan niewyspania, który powoduje, że świat w sposób niekontrolowany zbliża się i oddala od moich oczu, powoduje pływy myśli, głównie w kierunku Onirientu... Spaaać...







_________________
*chuchacz robi: Huhuuu! Huhuuu!

piątek, 16 października 2009

Chleb

Ostatnio dość często przeżywam chwile zadziwień. Od pierwszego śniegu i kolorowych drzew pod nim skrytych począwszy. Wczoraj w pracy przeżyłem kolejne. Szok zmysłowy...

Wyobraźcie sobie pomieszczenie pod poziomem chodnika, a w nim brak okien i wentylacji. Teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że czujecie świeży, gorący jeszcze chleb! Taki z piekarni, albo wręcz taki w piekarni. Taki, który dopiero wyłania się niczym słońce spoza horyzontu pieca. Może to było złudzenie, ale aromat był tak silny, tak mamiący zmysły, że umysł poddał się bez walki, malując przed oczami (?) taki oto obrazek:
Wejście do piwnicy znajdowało się pod gankiem domu Dziadków i od wieków przykryte było zardzewiałą blachą, którą ze zgrzytem odsuwało się na bok, by odsłonić stare schody. Lubiłem tam zaglądać ze względu na specyficzny zapach tajemnicy - mrok i cisza robiły swoje. Po wejściu trzeba było włączyć światło (albo w domu jeszcze...), które jednak nie dawało zbyt wiele nadziei na ujrzenie więcej. Pośrodku dużego pomieszczenia znajdował się ON. Piec chlebowy. Przez ostatnich kilkanaście lat zapomniany, ale kiedyś...

Babcia wsuwa do pieca długą, drewnianą łopatę, by po chwili wyciągnąć pełną pachnącego słońca. Zbyt gorące by jeść. Smakowicie zaślepiające by nie jeść.
Dziś piec nie żyje. Zabiła go nowoczesność. Już nie huczy i nie bucha. W zasadzie już pieca nie ma. Wspomnienie.

czwartek, 15 października 2009

mów do mnie spojrzeniem

zbyt głośno wołasz mnie,
więc głos twój plącze się
w hałasie miasta
i niknie rozjechany kołami autobusu
komunikacji miejskiej,
z którym jakoś nigdy
nie potrafię się porozumieć

rozdeptują mnie
zaśnieżone twarze pasażerów,
a ja na przekór im
śmieję się sobie w twarz

krzyczysz? ja nie słyszę.
może spróbuj szeptem,
może spojrzeniem?

przemawiają do mnie warkoczące się galaktyki
twoich włosów uciekających ku czerwieni

wtorek, 13 października 2009

Wy

drogą na wprost
na przed się

przed się biorę drogę

drogą na wyrost
bez celu

cel jest na wrost
a mnie trzeba wy- się stąd

anioł ze złamanym skrzydłem
jak kapuś wskaże dobry tor
i biała mnie nie dogoni
lokomotywa

na dziki się dostanę
zachód
wschód
północ

na południu zbyt ciepło
to rozleniwia kości



piątek, 9 października 2009

Mapa

Rzut oka na ścianę. No tak! Po 6 miesiącach pracy do mnie dotarło. Mapa. Odwzorowanie całego świata na tak małej przestrzeni. Przestrzeń opanować łatwo. Gorzej, gdy idzie o nie-opanowanie siebie w przestrzeni. Ach, to dopiero sztuka! Będę ćwiczył.
nad głową mapa -
świat przybity do ściany
a głowa w klatce

wtorek, 6 października 2009

JB

Z powodu 35C z kreskami (ktoś wie, o co tu może chodzić?!) pozwolę sobie na cycaty z Baudrillarda. Nad tym ostatnio trawiłem czas...
Rzekomo fascynuje nas fantazmat rzeczywistości integralnej, alfa i omega cyfrowego programowania. Rzeczywistość stanowi przewodni i obsesyjnie powracający motyw wszelkiego dyskursu. Czyż jednak w istocie w o wiele większym stopniu niż rzeczywistość nie fascynuje nas ulatnianie się rzeczywistości, jej nieuchronne znikanie?
I jeszcze:
Człowiekiem nienormalnym dzisiaj jest ktoś, kto żyje wyłącznie w jednostronnej i pozytywnej zgodzie z tym, czym jest i co czyni. Uległość, całkowita kontrola (istnienie w pełni znormalizowane).

Śmiem zauważyć, że rzeczywistość musiała ostatecznie zwyciężyć (6 marca 2007). Norma... Jak to paskudnie brzmi.

niedziela, 4 października 2009

Je suis malade...

W związku z tym pustka. Miałem pisać o pełni, miałem pisać o rzeczywistości i jej zniknięciu ostatecznym i nieopanowanym, o zniknięciu człowieka, a wszystko przez ostatni (nieodwołalnie) esej Jeana Baudrillarda, pt. Dlaczego wszystko jeszcze nie zniknęło? Czytając tę niewielką książeczkę znikałem w oczach!

Po raz kolejny jednak zatryumfowała rzeczywistość, która wysunęła swój łeb zza kurtyny i szepnęła złośliwie: sytuacja graniczna....

W związku z ową sytuacją na razie pozwolę sobie na obrazę:




czwartek, 1 października 2009

Arche-typ

jestem arche
typem, co sam w sobie i dla siebie
zawiera początek i koniec wszystkiego
wszelkie życie ze mnie,
a po mnie możliwe już tylko nic

bo cóż komu po-mnie?

jestem arche
jedyną zasadą
brakiem wszelkich zasad

*
Wyprzedziliśmy czas. Będzie nas to dużo kosztowało. Wbrew pozorom nie żyjemy dłużej. Żyjemy szybciej. To daje nam pozór. Marzymy o nieśmiertelności, w wersji ocenzurowanej: długowieczności, tymczasem robimy wszystko na przekór marzeniom.

Omijamy życie szerokim, coraz szerszym łukiem łudząc się, iż nurzamy się w pełni. A gdy na chwilę zdarzy się zatrzymać, nie potrafimy dojrzeć naszego życia. Zaglądamy zatem do albumów z rodzinnymi zdjęciami. Zastygłe twarze, nasze jestestwa zostawione w zamierzchłych (dla nas samych) czasach. W nigdy nie byłych czasach. Nie istniejemy. Nie wspominamy. Nie pamiętamy.

Bo jakże pamiętać coś, co nigdy nie miało swego czasu? Nasze istnienie toczy pod górę swój kamień w czasie zapożyczonym, niedopasowanym do żadnego z nas. I tak przemijamy (optymistyczne założenie: jakoś tam istniejemy) taplając się w trzęsawisku namiastek, by ostatecznie zamienić się w świętych imiennych, lecz nieznanych. Nieznanych sobie, a tym bardziej komuś. A może nawet nieznanych komuś, więc tym bardziej sobie? Oczy Innego są zwierciadłem naszej duszy. Tyle że dziś nikt nikomu w oczy nie patrzy. Po co zbyt wiele o sobie wiedzieć? Jeszcze musielibyśmy uznać, że nie żyjemy...