wtorek, 29 września 2009

Święci bezpańscy


Święci bezpańscy popadli w niełaskę
wszyscy bezimienni, niektórzy niezręczni
(zwłaszcza na wysokości przedramienia)
upadli niejednokrotnie

Święci męczennicy na daremno
wiecznie niespełnieni
tułający się po ciemnych zakamarkach
czyśćca

Święci ubezpieczeni
od nieszczęśliwych wypadków,
więc na nic temu utrata ręki
tamtemu gwóźdź w plecach
wszystko im wynagrodził ubezpieczyciel
wiecznym obcowaniem z żywymi

Zdrewniali, skamieniali
na wieki nieśmiertelni
w swojej wieży
w swojej wierze
amen






piątek, 25 września 2009

Ja Las

Dziś znów mnie zawiało. Tym razem jednak nie-winnie. Tym razem do Michigan, przelot myśli liniami AirMind: Lublin/Autobus - Michigan - Lublin/Księgarnia. Śniłem na jawie w autobusie linii 57, do którego dotarłem przez zaspy popiołu strząsane naprędce z końcówki papierosa.

A tu, nie przy wódce, toczy się rozmowa. On i ona. On mocno starszy, ona już nie najmłodsza. O Roztoczu, grzybach (piękne koźlaki ponoć noszą w tym sezonie modne czerwone kapelusze) i o dzikach, których ostatnio pełno w lasach. Strzelać? Groźne są tylko te z młodymi.

Spłonąłem z wdzięczności i wystrzeliłem myślą w nieposkromioną przestrzeń lasu. Ja Dzik. Ja Człowiek. Ja Wilk!

wtorek, 22 września 2009

Dodatek do Zamieścia

Drogą pylistą, drogą polną... No dobrze, nie całkiem polną, za to zupełnie betonową, bo już w trakcie odwrotu w ochronne macki miasta... ujrzałem taki oto wóz, w którym drzemały... Kto lub co? To tajemnica, której wolałem nie rozpraszać... Tajemnica jest po to, aby była... Inaczej, jaki miałaby sens?


poniedziałek, 21 września 2009

pIJANY LAs

Jesienią las jest pijany
Ciągle mu szumi w koronie
Konary gną się zawiane
Liśćmi pociera skronie

Jesienią las gubi kasztany
I ptaki latają na gapę
Zimą bolącą głowę
Obleka w białą czapę

Kolory traci jak zwykle
w szarość popada na kwartał
duma nad swoim losem
I tak mijają mu lata


Taki oto wpis krotochwilny zainspirowany lampką wina czerwonego, wytrawnego. Leżakowanego w dębowych beczkach (chyba).

niedziela, 20 września 2009

Spacer w Zamieściu

Spacery z psem mają jedną, niewątpliwą zaletę - pozwalają widzieć początek. Można wręcz rzec prapoczątek. Pojawiało się nad horyzontem nim Matka Ziemia zrodziła życie. Jak życie się na niej pojawiło? Moim zdaniem zamieszany był w to jakiś trickster... Ale to już inna historia.


A później już tylko furtka do Tajemniczego Ogrodu... No dobrze, może niezbyt tajemniczy i nie do końca ogród, ale liczy się idea, prawda? Ważne żeby wyjść z murów i zatopić się w Zamieściu.


Później już tylko przed siebie. Jak najdalej, jak najdłużej. Trzeba pamiętać tylko o tym, by się odruchowo nie odwrócić, by nie zamienić się w słup soli. I zostać.






A Kira niestety nie miastu pokazała język...

sobota, 19 września 2009

Zmartwychwstanie

cud nastąpił znienacka
śmierć zmartwychwstała - ot tak, po prostu

wyszła na ulicę i zajrzała do szmateksu
od jakiegoś czasu ubierała się trochę nie-na-czasie

McDonalds'a ominęła szerokim łukiem
kto jak kto, ale ona najlepiej wie, jak to się kończy

sama trzyma linię, jej talia osy zachwyciła niejednego,
któremu zajrzała głęboko w oczy

a głębia jej spojrzenia również poraziła wielu
więc skorzystała z promocyjnej oferty na szkła kontaktowe
zmieniające barwę tęczówek

wybrała czarne

nigdy nie mogła zrozumieć zasad ruchu drogowego
jej śmierci nikt nie zauważył

obudziła się i odruchowo otarła
spływającą z pustego oczodołu
…?!

czwartek, 17 września 2009

Lasy Janowskie

Doświadczyłem we wtorek wiecznego powrotu tego samego na stare śmieci. To w te lasy pojechałem na pierwszy zawiszacki obóz (Łążek Zaklikowski), a później wracałem na kolejne obozy i zloty. Piękne to były czasy i niesamowite przygody, które wespół z ciągłymi wyjazdami na wieś do dziadków oraz do gajówki pradziadka Adama w Rozkopaczewie, ukształtowały moją mentalność. Usposobiły anty-miejsko. I dobrze mi tak!













A na koniec przez szybę, pół-śniąc pół-jawiąc, dojrzałem bramę nieba, na straży którego wirowało tornado. A te leżące kłody, to pewnie krzyże męczenników, którzy o tę bramę się rozbili.

środa, 9 września 2009

Trzy

W tylu książkach natrafiłem dziś na wyrażenie punkt obserwacyjny!

Punkt obserwacyjny - K. Rudowski - tu jest to oczywiste, tę książkę czytam właśnie
W Azji - Tiziano Terzani
Ateny i Jerozolima - Lew Szestow

*
Siedziałem w swoim podziemiu słuchając przez trzaski, typowe dla sytuacji podziemnej, trójki. Słuchaczka z Kielc, jak się okazuje wchodziła właśnie na Tarnicę. Redaktor był zaskoczony, bo dzwonił do Kielc... Dowiedziałem się, że pogoda piękna, jest cudownie.

Siedziałem w podziemiu i odczytywałem znaczki kodu ISBN na książkach. Kurz w nosie, oczach i duszy...Czas wlókł się ślimaczo.

*
Wszystko wskazuje na to, że nie mam punktu odniesienia, a w zasadzie punktu, z którego mógłbym się odnosić (wnosić się) do czegoś. Brak mi punktu obserwacyjnego. Zapewne stąd bierze się moje chaotyczne przebieranie (się) wśród książek, i chęć czytania wszystkiego na raz, jakby jutro, nawet jeśli przyjdzie, to z pewnością bez wszystkich tych lektur. Jakże wiele wartościowych książek miałbym przeczytanych dzisiaj, gdybym podszedł systematycznie do sprawy!

Zazdroszczę ludziom, którzy są tak wyspecjalizowani i u-torowani i współczuję takim jak ja - wiecznie poszukującym, żeglującym Mare Interdyscyplinarum... Nigdy nie znajdujemy zbawczego brzegu. Okręty widma. Ludzie widma. Ludzie - okręty bez steru, podarte żagle myśli. Zdani na prądy zimne lub ciepłe. Przez zimne odpychani, przez ciepłe wabieni - ciepło, cieplej, jeszcze cieplej...!

Toniemy... To nie my...

niedziela, 6 września 2009

Stare miejsce - nowa perspektywa

Mam inną perspektywę. Zmieniła mi się. Tak już jest, że raz trzeba dłuższego, raz krótszego okresu czasu, by zacząć coś zauważać wokół siebie, by odnaleźć jakąś różnicę. Mnie zajęło prawie rok, by odkryć nową ścieżkę, którą przemierzam teraz często w trakcie porannych i wieczornych spacerów z Kirą. Zaglądałem tam nieraz, niczym do tajemniczego ogrodu, do którego bałem się wchodzić, ponieważ z tej strony rzeczywistości nie wygląda zachęcająco. Czyżby celowo, by odstraszać niezdecydowanych?

Gwoli ścisłości, wewnątrz (o ile w odniesieniu do ulicy można użyć takiego wyrażenia) też nie wygląda raczej ciekawie. Dwie rudery, pijaczki wytaczające się na pobliską stację po paliwo, żeby impreza była bardziej na luzie. Na wprost ruchliwa ulica.

Jest jednak coś, co sprawia, że miejsce to nie jest pozbawione magii - to historia. Ulice Floriańska oraz Sienna ocierają się o nią w sensie dosłownym. Okalają mury starego kirkutu, na którym spoczywa, wedle tradycji, Widzący z Lublina (Jakub Icchak Horowic). Ale to tylko część opowieści. Ciąg dalszy wiedzie nas w czasy wczesnego średniowiecza, gdyż cmentarz skrywający Widzącego, przechowuje także resztki słowiańskiego grodu.


Aż żal, że miasto o tym nie pamięta. Jakże inaczej wyglądały by te uliczki, gdyby je odrestaurować, odchwaścić, nadać jakiś bardziej przyjazny kształt - ponownie oswoić.

sobota, 5 września 2009

Zasłyszane przed sekundą

Nie podoba mi się retoryka mediów. Właśnie włączyłem Fakty i oto co usłyszałem:

"Plutonowy ... jest 11 ofiarą" - plutonowy był, był 11 ofiarą. Był plutonowym. Już nie jest. To trudniejsze, prawda?

"To wielka tragedia dla Rzeczypospolitej" - fakt, to wielka tragedia dla Rzeczypospolitej, ale czy większa niż dla bliskich zabitego żołnierza? Oczywiście, to Rzeczpospolita wysłała tam żołnierza (abstrahując od moralnej strony całej sprawy), więc z taką możliwością musiała się liczyć. W końcu nie pojechał tam grać w bierki. Tym większa jest to tragedia dla rodziny, nie zaś dla państwa. O rodzinie nie wspomniano nic, nawet słówkiem.

Już wiem czemu nie lubię z jednej strony, a z drugiej lubię wiadomości nadawane w mediach.

Nad zalewem















czwartek, 3 września 2009

Obserwator

Codziennie za moimi plecami...

Zapisek czasu pracy

Od dwóch godzin, bez mała, słucham tej samej ballady. Rozmyślam o wiecznym powrocie tego samego. Cóż takiego by do mnie wracało? Jako kto bym powracał? Czy miałbym satysfakcję z powrotu tej chwili?

Spróbuj spojrzeć we własne oczy, nie odwracając wzroku (no co? to tylko zmęczenie!) przez dłuższy czas. Umysł podpowiada "głupota!" albo "nic trudnego!". A jednak, spojrzenie ucieka w bok. Coś umysł ciśnie od środka.

Od kilku dni bezskutecznie poszukuję piosenki, której słowa brzmią heal me, drink me, sleep with me. W dobie powszechności i ogólnej dostępności wszystkiego dla wszystkich, nie mogę odnaleźć tych właśnie słów, a wyszukiwarka natrętnie zwraca (tak, tak - wyrzyguje!) elektroniczną, bezduszną korektę hear me! Najwyraźniej dzisiaj nikt nie potrzebuje uleczenia. Dziś ból istnienia uśmierza się pigułką ibum.

I BUM!!! Człowiek budzi się rozpieprzony po ścianach, szukając pod nędznymi szczątkami resztek myśli z wczoraj.
No amount of coffee, no amount of crying
No amount of whiskey, no amount of wine

Umysł kołysze się upojony i tylko na chwilę wyrywa go z tego stanu ciekawostka. Otóż dwie kolejne książki, które wpadły w moje dłonie, a co za tym idzie również oczy, oznaczone są kodem ISBN zawierającym następujący ciąg cyfr: 666. Bleee...

Nie o takie wyrwanie mi chodziło!

Na szczęście nie wszystko stracone, ponieważ trafiłem przypadkiem również na to: