sobota, 31 maja 2008

Heartattack And Głos Waitsa


New Musical Express o płycie "Heartattack And Wine" Toma Waitsa:

Głos Waitsa nie brzmi już jak jego własny, lecz raczej jakby był własnością 13 różnych portorykańskich rodzin, których wspólną krewną jest gruźlica... Ten facet jest wielki, nawet z kaca potrafi uczynić rzecz najwyższej rangi!


Orły


Powiedział, że wszyscy jesteśmy orłami
i, że każdy orzeł ma własne gniazdo

byliśmy zaskoczeni - on?!
samotny włóczęga?!

odrzekł jednak:
ja też mam swoje gniazdo -
gdzieś...

zaśmialiśmy się z dobrego żartu
a on już rozpostarł skrzydła,
lecz kolana odmówiły mu posłuszeństwa

usiadł więc i z powrotem umościł się
na dnie swojego kufla

w końcu i na nas przyszedł czas
wyszliśmy na zewnątrz,
spojrzeliśmy w gwiazdy,
rozpostarliśmy skrzydła

...

kolana ugięły się nam
z zupełnie innego powodu
27.03.2007/31.05.2008

Żyć


ostatni krzyk:
NIC!!!
i stało się Słowo
niczym

niczym stało się
Słowo - jak NIC!

po Niczym do kłębka
a kłębek niczego się splata i mota
a motek już niczego sobie

nic sobie z tego nie robię
zwykłą plotę nić
kłębek na koniec
układa się w rzyć!
02.02.2007 (godz. 0.29)/31.05.2008 (godz. 0.59)

poniedziałek, 26 maja 2008

piątek, 16 maja 2008

Toma Waitsa myśli wyczesane


I'd rather have a bottle in front of me than a frontal lobotomy.

I don't have a drink problem, 'cept when I can't get a drink.

I'm so broke I can't even pay attention.

Champagne for my real friends, real pain for my sham friends.

I've been busier than a one-armed bass player.

I don't care who I have to step on on my way down.

I'm getting harder than Chinese algebra.

There ain't no devil, there's just God when he's drunk.

I'm a jack-off of all trades.

I'm not a household word, I'm just a legend in my own mind.

You have to keep busy. After all, no dog's ever pissed on a moving car.

Everybody I like is either dead or not feeling very well.

środa, 14 maja 2008

Alaska odnaleziona


Odnalazłem maszynopisy tekstów napisanych 1996 albo 97 roku. Są zabawnie napisane, momentami wręcz śmiesznie, ale dziś napisałbym pewnie to samo, tylko inaczej:

ALASKA

Fascynuje mnie od dłuższego czasu pojęcie "przestrzeni". Nie mogę przestać myśleć o niej. Tym samym wciąż zastanawiam się nad celem, do którego dążę i czy w ogóle istnieje jakiś "cel". Potrzebuję przestrzeni!!! Sacrum. Pragnę jej dokoła siebie, wejść w nią, zanurzyć się, nabrać w płuca i zawyć!!!

Właśnie leżę w łóżku starając się podążyć w Krainę Błogiej Nieświadomości. Słucham radia. Dzisiejszej nocy nadaje na moich falach,
I am sailing
Let's do something amazing
Tak daleko

Jak mógłbym spać w taką noc?

I'm 1,000 miles from nowhere śpiewa Dwight Yoakam. Ten utwór krąży wokół mnie już od zeszłej wiosny.
Ale cóż, wciąż jestem tutaj i nie zanosi się na to, abym w najbliższym czasie gdzieś ruszył (Droga). Czuję się nie na miejscu, czegoś mi brakuje (przestrzeni?).

(...)
Zamierzam przekroczyć wreszcie Big Water, koniec z wątpieniem.

(...)
Czy słyszeliście muzykę z serialu "Due South"? Jest wyśmienita!

wtorek, 13 maja 2008

Wiersz odnaleziony


Po czternastu latach... Maszynopis z 1994 roku.

Utonąłem w Twoich oczach
Zagubiłem się
W bezkresnych wodach
Jeziora Louise

10.08.94

Przy nim po lewej 3 oraz V, a po prawej 8.
Było ich więcej, ale zachował się ten jeden.
Jezioro Louise położone jest w Parku Narodowym Banff (Alberta, Kanada).
Widziałem zdjęcie zrobione z lotu ptaka.

piątek, 9 maja 2008

Wojna o Pokój


Walczymy całe życie. Od maleńkości do samego końca. Nie jesteśmy tu żadnym wyjątkiem. Cały świat walczy - rośliny, zwierzęta. Od narodzin aż do śmierci.

Większość zabaw z dzieciństwa, które dobrze pamiętam opiera się na walce (mniej lub bardziej udawanej). Pytanie nie dotyczy tego czy walka (wojna) jest dobra, lecz po której stronie stajemy. Jak dziś pamiętam moment oświecenia, który nastąpił w trakcie zabawy jaką sobie z Pawłem urządzaliśmy w kuchni i przedpokoju. Pod oknem w kuchni Paweł ustawił swoją armię plastikowych żołnierzyków, a ja w przedpokoju swoją. Do tego momentu stoczyliśmy niezliczoną liczbę wojen i bitew, jednak ta miała znaczenie szczególne...

Moim bohaterem był John Wayne. Pamiętam jak siadywaliśmy z rodziną i oglądaliśmy westerny z jego udziałem. Z wielkim namaszczeniem nosiłem koszulkę z wizerunkiem bohatera Dzikiego Zachodu. A koszulka była "autentyczna", tzn. przysłana przez wujka Johna z USA. Nosiłem ją z dumą i każdemu prezentowałem dumnie wypinając tors (no, powiedzmy tors...). Jego spokój, siła, pewność i bezkompromisowość w rozprawianiu się z różnej maści bandytami i Czerwonoskórymi robiła na mnie olbrzymie wrażenie...

To była pierwsza walka, w trakcie której miałem wątpliwości czy chcę grać i wygrywać kowbojami. Wątpliwości zasiał we mnie Paweł, który wbrew temu co widzieliśmy na ekranie, utrzymywał, że to nie do końca tak z tymi waynami i czerwonymi. Sięgnąłem więc po pierwszą, drugą, dziesiątą książkę i nagle okazało się, że jakoś w mojej armii zaczęła rosnąć liczba Indian, którzy znajdowali swe miejsce pomiędzy huzarami, żołnierzami i kowbojami (tymi oczywiście, którzy zrozumieli, że Indianom trzeba pomagać a nie niszczyć ich).

Walczymy całe życie. Wojna towarzyszy nam nieustannie na każdym kroku. Ważne jest to, by znając prawdę wybrać tę właściwą stronę i umieć przyznać się do pomyłek. A to jest chyba najbardziej dramatyczny bój, który toczymy dzień w dzień. Z kim...?

Ołówek w pogotowiu: Cel! Paaal!

środa, 7 maja 2008

Korzenie i Powrozy, czyli ZAZ


Związuje nas ze sobą nie tylko ziemia. Przywiązujemy się do miejsc równie mocno jak do przedmiotów, wydarzeń, relacji. Często coś przechowujemy dla samego zatrzymania, choć usilnie wmawiamy otoczeniu, a przez to i sobie samym (jako informacja zwrotna od otoczenia - manipulacja jak się patrzy! Pytanie czy manipulacja nieświadoma jest wciąż manipulacją? Polega ona chyba na tym, że przy jej użyciu chcemy uzyskać jakiś konkretny efekt?), że w przyszłości nie obejdziemy się bez tego, bo "z pewnością się przyda, zobaczysz!".

I tak przedmioty zapuszczają w nas swoje korzenie powodując, iż związujemy się z miejscem za ich pośrednictwem. To nas usidla. Usidlają nas też okoliczności, ale to inna historia.

Usidlenie jest wygodne. Mamy tysiące usprawiedliwień, dlaczego TU I TERAZ, nie zaś TAM I TERAZ. Inaczej czulibyśmy koczowniczą tęsknotę za BYCIEM. Byciem przenikającym najgłębsze warstwy rzeczywistości. Takim TU I TAM TERAZ. Ale to przecież niemożliwe...

Poszukujemy korzeni. Czy to nie jest dziwne? Szukać korzeni, gdy już tak ciasno jesteśmy opleceni nimi, że ledwo możemy zaczerpnąć powietrza? Zdawać by się mogło, że to czysta perwersja. Myślę jednak, że jest nieco inaczej. Szukając korzeni odcinamy to, co nas krępuje. Pozbywamy się korzeni, które pasożytniczo nas przenikają i wiążą silnymi splotami z miejscem (chodzi mi raczej o miejsce "wewnętrzne", choć przywiązanie do "zewnętrznego" może czasem być objawem) zastępując je korzeniami, dzięki którym istniejemy i które nas wzmacniają dając siłę i energię do życia. Nie ma nic złego w szukaniu i, tym bardziej, odnajdywaniu swego miejsca. I o to właśnie chodzi! Więzy, jakimi nas oplatają przedmioty, sprawy, relacje czynią, że przyjmujemy TU I TERAZ, jako nasz punkt docelowy. A przecież z TU I TERAZ się startuje!

Nasze zbiory Wielce Potrzebnych i Użytecznych Przedmiotów stają się Zbiorami Autystycznych Zabawek (ZAZ), które pochłaniają nas całkowicie.
Zamykamy się z zabawką, alienujemy, nie ma nas poza nią. W tym sensie robociejemy.
Opanowujemy sztukę pozostawania w stanie, w miejscu, w nastroju - stajemy się prawdziwymi aUtystami.

PS. Wczoraj dostrzegłem kurz na lustrze mojego aparatu. Godzinę czyściłem, dmuchałem, zmiatałem, niechcący plułem, co wcale nie polepszało stanu lustra. Im bardziej się starałem, tym więcej paprochów miałem w wizjerze, a wkrótce i na filtrze dolnoprzepustowym i tym mocniej skupiałem się na usunięciu brudu (chaos vs. porządek). W końcu, za pomocą płuc, aparatu gębowego, gumowej gruszki, pędzelka i szmatki doprowadziłem aparat do znośnego stanu, ale ile się przy tym naprodukowałem w sferze słownej! Najzabawniejsze jest to, że paprocha od którego wszystko się zaczęło, w ogóle nie było widać na zdjęciach, bo serce aparatu (matryca) była idealnie czysta. Ale cóż... Przecież to my preciousss...

poniedziałek, 5 maja 2008

Ziemia


To moja ziemia.
Posiadam kawałek ziemi.
Kupiłem tę ziemię.
Wynocha z mojej ziemi!
Jestem panem tej ziemi!
Ta ziemia należy do mnie!
Wszedłem w posiadanie tej ziemi.
Wtargnął na moją ziemię!

Ile tych ziemi? Każdy ma własną na wyłączność. Tak wygląda świat w którym żyjemy. Poszatkowany na malutkie kawałeczki wyznaczające granice naszych istnień. Czyniąc sobie ziemię poddaną staliśmy się poddanymi ziemi, a raczej jej malutkich kawałków, które nas do siebie przywiązują i trzymają na smyczy. Stać nas jeszcze na obszczekiwanie intruzów, ale nie stać nas na spokojne posmakowanie czyjejś porcji tego przepysznego tortu. A tort jest coraz droższy i coraz mniejsze otrzymujemy kawałki. Smycz nam się skraca, ale szczekamy wciąż tak samo głośno. I robi się coraz większy zgiełk. Czasem do tego jeszcze komuś spadnie kaganiec i awantura gotowa.

A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy. I raz po raz tym garbem zatrzęsie, eksploduje, rozleje się po tych rozszczekanych klatkach, które z powrotem stają się niczyje i nikt ich nie chce ponownie. I znów szatkujemy to, co nam pozostawiła. I ponownie skracamy smycze.

Kiedyś rozmawiałem z pewnym Kimś. Ktoś powiedział, że "człowiek ma ziemię i co z tego?". A ja odpowiedziałem, że to ziemia ma człowieka. I to przez bardzo krótki okres. Mgnienie oka.

To mój człowiek.
Posiadam człowieka.
Stworzyłam tego człowieka.
Wynocha.
Jestem panem człowieka.
Ten człowiek należy do mnie.
Weszłam w posiadanie człowieka.
Męczy mnie.

czwartek, 1 maja 2008

Na początek bez tytułu.


Myślę nad książką. Czemu nie? Nie wiem jaki miałaby nosić tytuł. Nie wiem jaka byłaby jej tematyka. Nic nie mogę powiedzieć o treści. Nic.
Ale zaczynałaby się następująco:

"Nazywam się Kim.
Jestem dobrym człowiekiem. Zwierzęta ode mnie nie uciekają. Właśnie kogoś zabiłem."