wtorek, 16 czerwca 2009

Litość


Tak… pamiętam.
Ale to słowo
jakoś dziwnie się pisze

Zawsze sprawiało mi kłopot
zapamiętanie jak

Może to wina czegoś
w pogodzie
może

Deszcz, słońce,
deszcz
Żyjemy w łagodnym klimacie,
nic nie jest tu bez
litosne

piątek, 12 czerwca 2009

Na moment w las...


Nie poczułem się lepiej. Może lepiej, lecz nie na długo, więc w sumie gorzej. Ale i tak się cieszę. Przez tę chwilę pooddychałem mokrymi, sosnowymi igłami. Czuć las jest wspaniale. W głowie od razu mętlik wspomnień z obozów zawiszackich, z pobytów na wsi u dziadków, z kolonii i rajdów. Wszystko to w jednym młynie! Zdumiewająca jest taka pamięć wonna. I piękna. Człowiek sobie idzie i nagle bach! Dostaje po nosie, umysł podsuwa mu do świadomości czasy i przestrzenie, które już przeminęły.

Idę lasem, ale jednocześnie idę innym lasem, polem, łąką... I wszystko to w jednym czasie! Niezwykłe doznanie. Dziś uderzyło mnie to po raz drugi. Idę sobie z psem, wyluzowany, na smyczy i nagle trach! Jakiś chwast mi zapachniał, zmieszało się to z wonią płynącej nieopodal rzeki, a wszystko wśród ciszy, polna droga i już jestem gdzieś indziej! Kiedy indziej...

Jestem i byłem jednocześnie... Czy można to nazwać cudem?


A jeśli to był cud, to co miał mi powiedzieć poniższy znak? Co oznaczają te dwa napisy? Czyżby ważył się mój los? Pocieszam się myślą, iż jeden z nich jest wyraźnie podkreślony...



sobota, 6 czerwca 2009

Od-do


Ostatnio (względnie) nie mam zacięcia do pisania. Ciekawe zjawisko, zazwyczaj rano, gdy wychodzę do pracy mam mnóstwo pomysłów, koncepcji, obserwacji. Jeszcze w pracy myślę nad tym, układam plan i jestem pewien, że tym razem na pewno mam coś do powiedzenia. Jednak, wraz z upływem godzin i wtapiania się w system "od-do", mój zapał słabnie. Zmęczenie? Być może. Faktem jest, że wracając do domu, choćbym miał wcześniej tysiąc pomysłów, jestem wyprany zupełnie. Do cna.

Jedyne o czym myślę, to zjeść, posiedzieć chwilę i zasnąć... A najgorsze jest to, że jednocześnie taki stan męczy mnie niemiłosiernie. Czuję niedosyt, doświadczam marnotrawstwa czasu. Paradoks, z jednej strony pragnę w tym odrętwieniu porządnie nic nie robić; z drugiej strony, męczy mnie świadomość nic nie robienia.

Zabieram codziennie aparat na wszelki wypadek, a jednak, pomimo tej narzuconej sobie presji, do tej pory nie zrobiłem żadnego zdjęcia w drodze, na miejscu, czy w czasie powrotu. Jakoś tak wychodzi, czy też raczej nie wychodzi.

No i masz babo placek! A byłoby o czym pisać, np. o studentach filozofii dyskutujących nad stołem z książkami - nie sądziłem, że wartość książki można poznać wertując kartki z szybkością maszynki do liczenia banknotów! A tu proszę, ciach! i już osądzona. Albo, że katolicyzm (tak, tak!) to taki zamaskowany politeizm... Albo, że logika jest niewarta szacunku, bo jest systemem idealnym, który nie ma zastosowania w świecie realnym. Cóż, na pierwszym czy drugim roku filozofii człowiek wierzy, że wie. A skoro wie, to nie wierzy.

A jakie wyjście jest najlepsze? Wiedzieć i wierzyć? Nie wiedzieć i nie wierzyć? W sumie druga opcja tak naprawdę jest też pierwszą - człowiek, który nie wie sądzi, że wie. Co więcej, nie-wiedząc wierzy, że wie. I tak się to kręci.

A ja nie mogę nic napisać. Ech!

Zwierzę dwunożne, nieopierzone... człowiek.