czwartek, 31 grudnia 2009

Na Nowy Rok - U Studni (SDM)

Spotkamy się kiedyś u studni
Wkoło będzie zielono
Nasze żony będą odświętne
Nawet wódkę wypić pozwolą

Spotkamy się kiedyś u studni
Takiej zwykłej - z kołowrotem
Woda w niej będzie chłodna
W świat uwierzymy z powrotem

Spotkamy się u studni
Być może że na drugim świecie
Bóg przecież jest łaskawy
I pewnie da nam tę pociechę

Spotkamy się kiedyś u studni
Z wiecznie żywą wodą
Bellona też zaprosimy
On przecież będzie polewał

Spotkamy się u studni
I będziemy znów tacy młodzi
Nasze żony będą piękne
Nam wódka nie będzie szkodzić


Tak na Nowy, bez postanowień poprawy, z nalewką w kaburze i ginem przy siodle. Stary jaki był, taki był. W gruncie rzeczy - jego sprawa. Kłócił się nie będę, a jaki będzie jego następca - miłościwie czy niemiłościwie panujący? Jego rzecz. Kłócił się nie będę - oby tylko bliscy i dalecy nie mieli powodów do łez. A jeśli już, to tylko oczyszczających. Źródlanych.

Szamańskie pozdrowienia dla Was wszystkich! Trzymcie się mocno i nie puszczajcie - życie to rollercoaster!

niedziela, 27 grudnia 2009

Św. Apostazja

Jeszcze nie wybudzając się całkowicie z klimatu świąt, uzmysłowiłem sobie, że od paru tygodni w mediach pełno było tematów związanych pośrednio z tym okresem. Artykuły i wywiady na temat dlaczego odchodzę (apostazja) oraz dlaczego nie obchodzę (?).

Najbardziej uderza zawziętość z jaką ludzie rzucają się na kawałek świstka poświadczającego ich zerwanie z instytucją kościoła. Ci zatwardziali ateiści przechodzą prawdziwe męki poświęcenia, żeby uzyskać potwierdzenie od instytucji i przedstawicieli wiary, która nic dla nich nie znaczy! Przyznaję, iż jest to niezwykłe zjawisko. Sam, na pewnym etapie życia miałem bardzo antyduchowe nastawienie do świata, zaś kościół był dla mnie zwykłym ośrodkiem skupiającym ludzi, którzy myślą inaczej. Przez głowę nie przeszło mi, by zabijać się o potwierdzenie z jego strony, że z mojej strony to koniec. Podejrzewam, że różnica tkwi gdzieś w wierze. Oni muszą wierzyć, że ten papier jest im do niewiary niezbędnie potrzebny.

A może chodzi o zwykły szum wokół siebie i tego, że jest się tak wyjątkowym? To z pewnością daje prestiż: walka z niechętnym, opryskliwym księdzem, szarpanie się z potężną i zakłamaną instytucją, wreszcie ostateczne zwycięstwo! Przecież to wzorzec mitycznej podróży bohatera!

Kolejnym z głównych zagadnień jest tradycyjny już wśród młodych zwyczaj nieobchodzenia świąt. A właściwie obchodzenia ich z daleka. Powody mogą być bardzo różne (pomijam banalną niewiarę) - mam dość świąt przy telewizorze, fałszywej życzliwości, udawania, przejadania się, składania życzeń i otrzymywania, co roku takich samych itp. Odnoszę wrażenie, że coś zostało tu namieszane. Jeśli mam dość - zmieniam to, zamiast uciekać z podkulonym ogonem i szukać taniego usprawiedliwienia. No chyba, że ktoś jedzie w góry i lasy. To rozumiem! Ale to z kolei nie wyklucza świętowania.

A ja wciąż daremnie czekam na argumenty oparte na własnej odpowiedzialności za przebieg świętowania. Do tej pory chyba na żaden nie natrafiłem, więc nieustannie szukam. A gdy odnajdę - kto wie...?

środa, 23 grudnia 2009

Święta, święta i... święta!

Wiem, nie w temacie. Co wspólnego ze świętami mogą mieć The Eagles, The Allman Brothers Band czy Eddie Vedder? Któż to wie?! A mnie się jakoś tak nastroiło wewnętrzne radio na fale ultra dalekie - Na północ, zachód i dalej, aż do zawirowania.

Pozdrawiam Was świątecznie zarazem z bliska i daleka, w zależności czy liczyć ową drogę miarą serca czy umysłu. W drugim przypadku błądzę gdzieś w pustkowiu dalekim i mi z tym dobrze. W przypadku serca - tylko wspólnie, tylko w doborowej kompanii!

RADOSNYCH ŚWIĄT!







poniedziałek, 21 grudnia 2009

Lenka



Podoba mi się jej na przekór, jej języczek pokazany oku świata, jej "a nie będę" i "dajcie mi spokój!", choć domyślam się, ile to może nerwów kosztować w przyszłości. Mam nadzieję, że nie stanę na jej drodze do wolności i samostanowienia - do radości i trosk życia.

wtorek, 15 grudnia 2009

Trzecie oko

Czasem czuję na sobie czyjeś spojrzenie. Czasem instynktownie wiem, z której strony dotyka mnie badawczy, ciekawski bądź przypadkowy wzrok. To jest, jak sądzę, owo ezoteryczne trzecie oko, o którym tyle się pisze we wszelkiego rodzaju wydawnictwach typu the truth is out there.

Trzecie oko, dzięki któremu przetrwaliśmy, wycinając maczetą umysłu ścieżkę wiodącą z łona Matki Natury w nieznane. A wyposażyła ona swoje marnotrawne dziecię w broń wszechpotężną, na swoją zgubę. Dzięki temu darowi człowiek przetrwał najcięższe momenty w kołysce, urywając łeb hydrom, które czyhały na niego na każdym kroku. Niestety, również dzięki owej mocy wyrwał się z gniazda, które następnie podpalił, czego skutki zaczynają oddziaływać na naturę coraz dotkliwiej. Ktoś może się zżymać twierdząc, że zaczęły już dawno, jednak kołyskę opuściliśmy przecież przed momentem zaledwie... Jeszcze jesteśmy oseskami. Wyrodnymi, ale jednak oseskami. Jeszcze możemy powrócić.

W zatłoczonym autobusie uświadomiłem sobie, że człowiek nieświadomie sam sobie odbiera dar trzeciego oka. Rozglądam się dokoła czując na sobie spojrzenia. Nikt nie patrzy. Patrzę na kogoś, a ten nie zwraca na mnie uwagi, choć staram się sprowokować go długim przyglądaniem się. Rzecz jasna, część z niepatrzących czuje wzrok na sobie, lecz celowo ignoruje go i się nie rozgląda.

Pod tym względem zwierzęta są bardziej szczere. Mój pies często wyczuwa utkwiony w sobie wzrok, mimo że nie czuje się zagrożony. Nasza socjalizacja polega m. in. na upchnięciu w tłumie, gdzie nikt nikomu w oczy nie spogląda, by nie prowokować - ileż to razy w podstawówce słyszałem: "No i co się na mnie gapisz?! W ryja chcesz?!". Kiedyś wgapialiśmy się, gdy chcieliśmy dać w ryja! A odnajdywaliśmy wpatrzonego w nas potencjalnego napastnika, gdy trzeba było ocenić, skąd nadejdzie spodziewany atak i jakie mamy szanse na ewakuację.

Nippon

Kraj Kwitnącej Wyśni [się]

sobota, 12 grudnia 2009

Dzikość i kontrola

- A ja lubię kłopoty.
- My nie - odrzekł zarządca - Wolimy, żeby wszystko szło nam wygodnie.
- Ja nie chcę wygody. Ja chcę Boga, poezji, prawdziwego niebezpieczeństwa, wolności, cnoty. Chcę grzechu.
- Inaczej mówiąc - stwierdził Mustafa Mond - domaga się pan prawa do bycia nieszczęśliwym.
- No więc dobrze - rzekł Dzikus wyzywającym tonem - domagam się prawa do bycia nieszczęśliwym.
A. Huxley, Nowy wspaniały świat

Czy aż tak do końca, tak bezodwrotnie potrafimy być Dzikusami? Ilu z nas jest Dzikusem, ale tylko do momentu, gdy nie kłóci się to z wygodą? Ilu z nas marzy by być Dzikusem, ale tylko do czasu, gdy trzeba opuścić fotel? Są też na pewno tacy wśród nas, którzy wolą stabilność i ład. Mieć kontrolę nad wszystkim jest dobrze. Nic nie zaskakuje - to wyrzeczenie, ale też przywilej.

Wbrew pozorom drogi środka nie ma. Środek jest oszukiwaniem siebie lub najwyżej chwilowym kaprysem. Dzikus czasem lubi odpocząć w fotelu, gdy uporządkowany i utorowany świat go zmęczy, a gdy zapragnie już pozostać w tym fotelu przeradza się, przeistacza w Monda.

Środek to wygodny wybieg - sprytny wybieg umysłu, naszego centrum dowodzenia, który musi kluczyć, by nie przyznać się do porażki, a jest nią totalna kontrola, jak i zupełny jej brak.

Światełko w tunelu.
Mała, obsrana przez muchy żarówka bujająca się na przerdzewiałym gwincie.

piątek, 11 grudnia 2009

Judasz



Przyłóż oko do wizjera i patrz, aż zobaczysz, że to co pierwotnie wydawało się czymś, jest zupełnie czym innym. A może przekonasz się, że nie ma tego wcale?

Królik jest najedzony. Zapadł w sen. Podejrzyj go. Właśnie szykuje się do zimy. Patrzy na ciebie przez wizjer.

Jesteś naga.

Judasz wszystko odkryje. Patrz przeze mnie i nie sądź, że możesz osądzać.

Patrzę przez ciebie. Widzę, mimo ciebie.

środa, 9 grudnia 2009

Zmiana punktu widzenia, czyli rzecz o...

Ledwo co widzę. Ledwo cokolwiek widzę, co jakiś czas. Co jakiś czas widzę coś, co za jakiś czas się rozpływa. A rozpływa mi się wszystko – dłoń, klawiatura, książka w dłoni, chodnik, i puszka z piwem (bynajmniej, wcale nie z powodu, który sam bezczelnie się narzuca).

Właśnie robię za szamana doświadczalnego. Patrzę w dal – widzę. Patrzę w bliż (a co?) nie widzę. I na odwrót. A wszystkiemu winne one. Winne niestety w-inny sposób niż wino. One przyprawiają mnie o zawrót głowy. Głowa mi zawraca, zawraca, zawr... Wrrr, a miało być tak pięknie.

Dostałem trzy rodzaje na przetestowanie, bo niestety mam problem z rogami. Ktoś ich w porę nie przypiłował, a teraz weź i cierp, człowieku. Testuję zatem. Można powiedzieć, że cały jestem jednym wielkim testamentem. Test-amen.

Jestem bardzo nietypowy – na niekorzyść tym razem. Nie można dopasować ich lub, patrząc z drugiej strony, mnie. Wolę tę drugą wersję, choć prawda zapewne leży pośrodku i kwiczy taplając się w błocie. Tak czy inaczej
"Houston mamy problem! Widzimy ziemię..."
"No, to chyba nie macie problemu?!"
"...ale nie tę!"
.

Jeszcze nie widzę dźwięków, choć przez moment odniosłem takie wrażenie. Na wszystko przyjdzie czas. Jestem Test-Amen. Do skutku, aż któreś z tych cholernych soczewek poradzą sobie z takim niepokornym typem.

czwartek, 3 grudnia 2009

Wolność Identyczność Stabilność

(...) to jest cała tajemnica szczęścia i cnoty. Lubić to, co się musi robić. (...) Wszelkie warunkowanie zmierza do jednej rzeczy: do sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne.


Kto? Co? Zwycięzca zgadywanki dostanie w nagrodę szczery uśmiech Mustafy Monda.

The En-trance

czwartek, 26 listopada 2009

Beztreściowiec szamanicus

Coś wyprało mi umysł. Niezwykłe doznanie, gdy w głowie kołaczą się jakieś pomysły, ale nie przybierają żadnej określonej formy. Kłębowisko w wężowych splotach dusi samo siebie. Pomysł pożerający swój własny ogon. Z dnia na dzień przybywa coraz więcej pomysłów nieuformowanych i bezkształtnych rozsadzając ten mały nośnik, jakim jest mój mózg. Chaotycznie przelewam na coraz większą ilość kartek to, co uda mi się wysupłać - kartek coraz więcej, a kłębowisko niczym głowa hydry odrasta i odrasta.

Tonę w kartkach, które nie niosą żadnego znaczenia (beztreściowce - jest taki gatunek w przyrodzie? Jeśli dotąd nie istniał - to już istnieje), ponieważ nie znam kodu, nie pamiętam w jakiej kolejności należy je odczytywać.

Wracam myślą i zajmuję oczy czymś z zewnętrza. Czymś co daje wytchnienie na moment. Łyk nieba przez kraty.

piątek, 20 listopada 2009

Chmura

jestem Wielka chmura
boicie się mojego gniewu
drżycie na myśl o klęskach jakie na was mogę zesłać
gdy tylko będę miała kaprys

przerażam was… Maluczcy!
chowacie się przede mną,
ale ja śmieję się w kułak!

wiem, gdzie jesteście
wiem, że jesteście i to mi wystarcza
czuję wasz strach...
że nie przyjdę i zeschniecie do cna

wasze plony na mojej łasce
wasze trzody na mojej łasce
wasze życie na mojej łasce

niebo drży, gdy daję upust mojej furii
wiecie, że potrafię rozognić każdą ranę
gdy widzicie mnie na horyzoncie

Niszczę wasze plony!
Zabijam waszą trzodę!

jestem Krowa, Która...

Kromka chleba

Dziś obok mnie spadła kromka chleba. Z nieba. Szedłem sobie z psem i nagle pac! Gdybym miał tendencję do rozpatrywania wszystkiego w kategorii znaków, to pewnie pomyślałbym, ze Ktoś lub Coś daje mi do zrozumienia, że... Że co? No właśnie, czy w jakimś słowniku symboli, tudzież zwyczajów i obrzędów, pisano o takim wydarzeniu?

Oczywiście, gdybym wierzył, że wszystko dokoła patrzy na mnie aluzyjnie. Taka delikatna sugestia. Przecież mogła mi spaść na głowę i w dodatku być posmarowana masłem lub dżemem! Ale to chyba nie działa w ten sposób.

Znalazłem prostsze wytłumaczenie. Pod wieżowcami, ktoś wysypał całą siatę kromek. Wnioskowanie proste - ptaki jedzą ziarno, chleb jest z ziarna, więc ptaki jedzą chleb. Ale czy powinny jeść chleb? Nad tym ludzie się nie zastanawiają. Jakoś w drugą stronę to nie działa - ludzie jedzą chleb, chleb jest z ziarna, ludzie jedzą ziarno... Niektórzy na pewno tak, ale czy to reguła?

Jakiś gawron wypuścił z dzioba kromkę chleba. Kromka spadła obok mnie.

środa, 11 listopada 2009

Z Bieszczadu - powrót

Było mokro i mgliście, choć całkiem ciepło, jeśli porównać z L. Było bieszczadzko. Bieszczad na powitanie przysłał łanię, w której lustrze mogliśmy się przejrzeć przez dłuższą chwilę, ponieważ nie było jej spieszno. W świetle reflektorów wyglądało to wspaniale, choć po aparat nikt nie sięgnął. A była tak blisko. Później jeszcze sarny, lis. Można by rzec: jak zwykle! Lisa widzę za każdym razem, gdy jadę przez Bieszczad. I sarna też nieraz się przytrafiła. A mówię tu tylko o sytuacji "dojazdowej", bo gdy przez las szlakiem lub przez chaszcze...

Sobota we strugach deszczu. Jednak aparat trzeba było wyciągnąć, bo jakże inaczej?! Tyle imprez - hubertus, zaduszki zakapiorskie... Sprzęt do reklamówki, w reklamówce dziura na szkło i wio!





Deszcz nie dał za wygraną. Bieszczad nie chciał się odsłonić. Kusił, uwodził, a kiedy aparat znalazł się w ręku - góry zaczynały płakać ze śmiechu. Naigrawał się z nas. Cóż, ma do tego prawo i nie mam pretensji. Ważne, że nim pooddychałem przez ułamek chwili w towarzystwie tych, którzy mają go pełne płuca i już nie potrafią oddychać niczym innym.








niedziela, 8 listopada 2009

Z Bieszczadu

Wróciłem dzisiaj. Dzielę się myślą słowami poety Bieszczadu

jeszczem między wami
a już mnie tu nie ma
do odlotu się zbieram
jak sójka za morze
i wybrać się nie umiem

ponaglają mnie
dobrzy ludzie kochani
ponaglają słowem
i uczynkami szlachetnymi

idź mówią
czas już na ciebie

a mnie jeszcze niesporo
jeszczem między zielenią Bieszczadu
jeszczem w trawach i potokach zacienionych

chowam się przed jutrem
które przyjdzie jutro

[Ryszard Szociński, z tomu Jako ptaki Bieszczadu]



A mnie słów jeszcze brak, jeszcze stoję na Honie i patrzę na potężne konary smagane deszczem. Jeszcze mnie wiatr popycha: Idźże przed siebie, idź! Jeszcze się namyślić nie mogę...

sobota, 31 października 2009

Z innej beczki...

A propos owoców morza... Może bardziej warzywa? Dosięgło je zlodowacenie, więc przetrwały do naszych czasów. Prehistoryczne stwory, morska mafia, a w gruncie rzeczy bezbronne i całkiem nieżywe. Niby groźne, ale całkiem ładnie pozowały. Niestety, dziewczynie opiekującej się stoiskiem nie spodobał się pomysł uwiecznienia jej podopiecznych: "No, no!"


Cóż, zmrożony niechęcią podryfowałem ku odległym stoiskom.

piątek, 30 października 2009

Goosie

W hiszpańskich posiłkach najbardziej odpowiada mi wino. Czerwone, wytrawne i dużo... Choć przyznać muszę, że owoce morza też mi przypadły do gustu, ze względu na brak ogryzków. Gosia jadła, ja piłem - pełen luz.

czwartek, 29 października 2009

Sigüenza

Słów wciąż jak na lekarstwo. Mówię obrazami, które mam w głowie. A w głowie blokada. Furtka do Tajemniczego Ogrodu gdzieś znikła. Odbijam się od muru próbując przebić go głową. A może nie trzeba? Może, gdybym spokojną myślą szedł przed siebie, nie napotkałbym żadnego oporu?

Ale do umysłu nie trafia tak proste rozwiązanie, więc przetwarza to po swojemu w mit. Mit, który wydaje się podsuwać o wiele bardziej skomplikowane i czasochłonne rozwiązanie niż tłuczenie głową... A zatem tłukę. Furtki, jak nie było, tak nie ma.

A przecież po drugiej stronie Hesperydy, jabłko - owoc zakazany*. Wąż czy smok - jeden pies...






___________
*Nic to, że ów owoc jabłkiem nie był; był po prostu owocem. Jedyne zakazane jabłko przypadło w udziale Śpiącej Królewnie.

poniedziałek, 26 października 2009

niedziela, 25 października 2009

WPIS AWARYJNY

Zbuntował mi się blogger - wyskoczyły jakieś krzaczki, reklamy i szlaczki. Teraz nie ma Patrzaków itd., i nie mogę chwilowo nad tym zapanować. Jutro stoczę bój.

A na razie spać...

sobota, 24 października 2009

Niedziela

Pogoda niewyjściowa. Mżawka na dworze, więc oddaję się mrzonkom. Przeglądam notatki, których dziennie produkuję ostatnio masę, po to, by wieczorem odłożyć na stos. Bezskutecznie czekam aż zapłonie - ideą? Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie...

Pies nic sobie nie robi ze zmiany czasu. Działa o wiele bardziej racjonalnie niż człowiek, który wymyślił kalendarz, a teraz robi wszystko by temu tworowi podporządkować naturę i, przede wszystkim, swoje życie. Cofamy godzinę, popychamy godzinę. Gonimy i uciekamy przed czasem. Berek.

W notatkach coś miałem na ten temat, ale w stosie, który jeszcze nie płonie (dlaczego?) nie chce mi się szukać. Słucham bluesa i patrzę przez okno. Za oknem mleko. Naleję go sobie do kawy, może będzie lepiej smakowała, bo mi jakoś gorzko...

Na dworze inspiracja czyha na mnie za każdym rogiem. Etno-taca, którą ktoś zostawił pod wieżą, z której opuszczam się po linie - dziś zakończonej zawieszoną dla ułatwienia ucieczki puszką, kusi fotogenicznością. Puszkę można zatrzymać na nieparzystych piętrach (wyłącznie). Wyjątkiem jest piętro X. Powód do dumy. Z czegoś trzeba być dumnym.
Bogatka zrosiła moją głowę kroplami strząsanymi z liści. To powinno wróżyć powodzenie. Mogłoby, ale... krople trafiają na kark. Chłodno wita mnie nowy dzień. Gołębie do połowy zanurzone w kałuży nie zamierzają przerywać kąpieli, mimo, ze prawie je zadeptałem.

Muza obnażyła przede mną wszystkie swoje wdzięki!
Nie miałem przy sobie aparatu...

Wspominam inne z nią spotkania...



środa, 21 października 2009

Czasoprzestrzeń

gdybyś tylko potrafiło tak gorąco pożądać,
jak lodowato jest ci obojętne

składasz zdradziecki pocałunek na moim czole
i czekasz, aż jad zacznie działać

zakrzywienie czasoprzestrzeni nie pozwoli nam żyć wiecznie
- pozwoli nam nie być

wtorek, 20 października 2009

Rycerze, hawks i chuchacz*

Miało być o ekstensjach, przestrzeni, dystansie i latach świetlnych. Chciałem napisać coś o ewolucji zewnętrznej (ekstensjonalnej, względnie ekstensywnej) oraz postrzeganiu etnografa przez społeczność pierwotną (zgubna ciekawość) i owocu tegoż w postaci Wielkiego Ducha...

Jednak dojmujący stan niewyspania, który powoduje, że świat w sposób niekontrolowany zbliża się i oddala od moich oczu, powoduje pływy myśli, głównie w kierunku Onirientu... Spaaać...







_________________
*chuchacz robi: Huhuuu! Huhuuu!

piątek, 16 października 2009

Chleb

Ostatnio dość często przeżywam chwile zadziwień. Od pierwszego śniegu i kolorowych drzew pod nim skrytych począwszy. Wczoraj w pracy przeżyłem kolejne. Szok zmysłowy...

Wyobraźcie sobie pomieszczenie pod poziomem chodnika, a w nim brak okien i wentylacji. Teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że czujecie świeży, gorący jeszcze chleb! Taki z piekarni, albo wręcz taki w piekarni. Taki, który dopiero wyłania się niczym słońce spoza horyzontu pieca. Może to było złudzenie, ale aromat był tak silny, tak mamiący zmysły, że umysł poddał się bez walki, malując przed oczami (?) taki oto obrazek:
Wejście do piwnicy znajdowało się pod gankiem domu Dziadków i od wieków przykryte było zardzewiałą blachą, którą ze zgrzytem odsuwało się na bok, by odsłonić stare schody. Lubiłem tam zaglądać ze względu na specyficzny zapach tajemnicy - mrok i cisza robiły swoje. Po wejściu trzeba było włączyć światło (albo w domu jeszcze...), które jednak nie dawało zbyt wiele nadziei na ujrzenie więcej. Pośrodku dużego pomieszczenia znajdował się ON. Piec chlebowy. Przez ostatnich kilkanaście lat zapomniany, ale kiedyś...

Babcia wsuwa do pieca długą, drewnianą łopatę, by po chwili wyciągnąć pełną pachnącego słońca. Zbyt gorące by jeść. Smakowicie zaślepiające by nie jeść.
Dziś piec nie żyje. Zabiła go nowoczesność. Już nie huczy i nie bucha. W zasadzie już pieca nie ma. Wspomnienie.

czwartek, 15 października 2009

mów do mnie spojrzeniem

zbyt głośno wołasz mnie,
więc głos twój plącze się
w hałasie miasta
i niknie rozjechany kołami autobusu
komunikacji miejskiej,
z którym jakoś nigdy
nie potrafię się porozumieć

rozdeptują mnie
zaśnieżone twarze pasażerów,
a ja na przekór im
śmieję się sobie w twarz

krzyczysz? ja nie słyszę.
może spróbuj szeptem,
może spojrzeniem?

przemawiają do mnie warkoczące się galaktyki
twoich włosów uciekających ku czerwieni

wtorek, 13 października 2009

Wy

drogą na wprost
na przed się

przed się biorę drogę

drogą na wyrost
bez celu

cel jest na wrost
a mnie trzeba wy- się stąd

anioł ze złamanym skrzydłem
jak kapuś wskaże dobry tor
i biała mnie nie dogoni
lokomotywa

na dziki się dostanę
zachód
wschód
północ

na południu zbyt ciepło
to rozleniwia kości