poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Tu się toczą rozmowy...

Gwiazda na którą patrzymy, dla nas teraźniejsza, już zapewne nie istnieje. Jej światło wciąż cieszy nasze oczy, ale patrzymy w martwy punkt. Czy na pewno? Martwy jest z punktu widzenia samej gwiazdy, ale przecież nie z naszego! Jej światło jest dla nas żywe, namacalne wręcz. Gwiazda nie żyje, ale wciąż, jak miliardy innych, oświetla nam ścieżkę.

Szukam śladów. Dotarłem do 1893 roku, czyli daty narodzin mojego pradziadka Adama. To pewny punkt. Punkt odbicia. Siedzieliśmy z Kopaczem siwiejącobrodzi, filozofująco-mędrkujący przy piwie i gorzkiej, wspominając czasy, gdy jeszcze nas nie było, gdy już nas nie było, ponieważ nasi przodkowie nas przeżywali, w czasie kiedy zanurzaliśmy się w ich żywotach, z perspektywy życia znając już moment ich śmierci.

I myśleliśmy. W zasadzie momentami odnosiłem wrażenie, że przypominam sobie sen. O lasach roztoczańskich, Bieszczadach, jesiennym Beskidzie. O lilijce, której oryginału do dziś nie mogę odżałować, mimo tylu lat...

Przez moment czułem się na swoim miejscu. Tyle że dziś już nie wiem, czy to miejsce istnieje w rzeczywistości, czy też rozwiało się wraz z oparem knajpianego dymu.

Czas pokaże.

Morze słów

Tak, codziennie mam ten widok przed oczyma. Unoszę się na grzbietach pomiędzy stołami, dryfuję od regału do regału znoszony przypływami i odpływami słów. Dziwna rzecz, lecz im dłużej zachłystuję się nimi, tym mniej mam sił, by je chwytać w sieć umysłu, co przecież tak bardzo zawsze mnie określało. Z drugiej strony, ciągle czegoś szukam i czuję niedosyt, gdy znajdę nie do końca to, na czym mi zależało. A najgorsze w tym jest, że nie wiem dokładnie na czym mi zależy. Wyłowiłem ostatnio Logo nieśmiertelności, Farba znaczy krew, Punkt obserwacyjny... Zobaczymy. Może wreszcie utonę.



piątek, 28 sierpnia 2009

Myślobójstwo

Rankiem chce się pisać, lecz trzeba wychodzić do pracy. Jeszcze w drodze wpada do głowy mnóstwo pomysłów, jeszcze natchnienie każe przekładać na słowa każdy obraz, który ukazuje się oczom przez szybę autobusu. Powstają wtedy alternatywne rzeczywistości, w których to, co widzę, jest zapisane i sfotografowane.

Jeszcze przez pierwszą godzinę w pracy, zanim umysł zaskoczy na właściwe tryby, myśl gdzieś błądzi i wyrywa się, lecz szybko pokornieje, gdy do świadomości dociera ilość słów już spisanych, przez które musi się przedrzeć, by zapełnić rzeczywistość sobą. Już bardziej mozolnie to idzie, już się czas zaczyna ślimaczyć. Myśl się męczy, więc popełnia niedoskonałe samobójstwo, gdyż spanikowana w ostatniej chwili desperacko zaczyna chwytać się książek. Im więcej tym lepiej - przerzuca jedną po drugiej - i tę chciałaby połknąć, i tamtą. Proszek nasenny umysłu.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Cytat przytrafiony

Wpadła mi dziś w ręce książka, którą otworzyłem, ot tak, by mniej więcej zorientować się w treści. Oto co ujrzałem:

XV. Hymn banity

Idę wciąż nocą i nocą -
nade mną skrzydła łopocą...
Nie widzę kraju własnego,
nie widzę moich ziomków -
jedynie czarne chóry,
co zwodzą głupich Tomków.*


Jak mam to rozumieć?

______________
*Miciński, T., Xiądz Faust.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Utah


Siedzę przed komputerem. Pogoda sprawia, że bardziej chce mi się spać niż nie spać. Chwilę poczytałem, ale umysł w takim stanie nie chłonie zbyt mocno wiedzy, więc dałem sobie spokój po rozważaniach dotyczących możliwości definicyjnych naszego umysłu. Przerwałem na człowieku, gdy jedyną definicją, jaka przychodziła mi do głowy była ta oto: człowiek jaki jest każdy widzi. Koń by się uśmiał!

Słucham radia i lecę w półśnie. Jestem gdzieś na Zachodzie. Z głośników nadaje radio KBZN z Salt Lake City. Mają tam godzinę 1.30am, śpiewa Norah Jones.

Uciska mnie brak przestrzeni. Na tydzień wyrwałem się z życia na godziny, ale umysł już chyba wsiąkł, bo nijak nie mogę sobie zorganizować czasu, podczas gdy urlop nieubłaganie zdąża do dramatycznego końca.

Trzeba coś zmienić inaczej się zestarzeję i stanie mi się obojętne. NIE MOŻE BYĆ! Ku pokrzepieniu otwieram Walden Henry'ego Davida Thoreau

"Bardzo przyjemnie było zostać w miasteczku do późna, a potem pogrążyć się w nocy, szczególnie jeśli była ciemna i zbierało się na burzę, jakże miło postawić żagle i ruszyć z oświetlonego miejskiego saloniku albo sali wykładowej , z torbą ryżu czy mąki kukurydzianej na ramieniu - ruszyć ku mojemu przytulnemu portowi w lesie. Tęgo zabezpieczywszy wszystko na pokładzie, schodziłem do kabiny z wesołą załogą myśli, przy sterze zaś pozostawiałem tylko swoją zewnętrzną powłokę albo w ogóle przywiązywałem ster, aby sam trzymał kurs (...)"


Nie jestem dobry w te klocki - muszę zlokalizować ster.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Waliza wspomnień II


Podobno kiedyś potrafiłem rysować i malować. Oczywiście na poziomie początkującej podstawówki, której głównym celem wcale nie było wykształcić Michałów Aniołów, zwłaszcza nie to drugie. Jednak nauczycielka od plastyki szybko wybiła mi absurdy o freskach, we wszystkich wiodących kaplicach w kraju, z głowy. Namalowałem któregoś dnia plakatówkami na kartce z bloku rysunkowego wspaniałą scenę: rekin pożerający rybę. Szczególnie z rekina byłem dumny i do dziś uważam, że był naprawdę dobry (choć mówię to z perspektywy człowieka, który nie ma już zdolności plastycznych).

Moje koleżanki oraz koledzy z klasy byli zachwyceni. Zabrali mi to dzieło i przed salą, kiedy po przerwie wchodziliśmy na lekcję plastyki, wepchnęli nauczycielce przed oczy. Ta spojrzała, wydęła wargi i prychnęła: no i co w tym dobrego?

No cóż, może nie dorównałem do jej klasy. Dziś po latach, myślę sobie, że to był naprawdę dobry obrazek i zastanawiam się, w którym momencie swojej nieudanej kariery usłyszała to pytanie z ust osoby oceniającej jej osiągnięcia. A może od początku była nauczycielką i tylko w wyobraźni tworzyła coś wiekopomnego?

No, po prostu kaplica! Choć przyznać jej trzeba, że osiągnęła swój cel - przeszła do historii! Nie wiem tylko czy była świadoma, że istniał w historii pewien malarz, który swoją karierę artystyczną zakończył bardzo podobnie...

sobota, 8 sierpnia 2009

Waliza wspomnień I


Miałem kiedyś bardzo żywą wyobraźnię. Pamiętam, jak dziś, wielkie oczy nauczycielki, gdy opowiadałem o tym, jak to z wujem ze Stanów poleciałem helikopterem do USA. Nie wiem czy z powodu wczesnych lat 80, czy z obawy przed zepsuciem wywrotowymi ideami kwiatu młodzieży, który dorastał i kształcił się w Szkole Podstawowej im. Tysiąclecia Państwa Polskiego nr. 12, wychowawczyni wezwała rodziców, by złożyli zeznania. Oczywiście, rodzice, jak to rodzice, nie wczuli się w klimat i uspokoili nauczycielkę, jednocześnie burząc moje piękne wspomnienie. Oni nie mieli wyjścia, ale nauczycielka owszem.

I tak to niestety jeszcze przed startem twardo wylądowałem na ziemi. Nigdy nie leciałem helikopterem, choć owszem, start samolotu z wujkiem na pokładzie widziałem. Natomiast podróż do USA miałem zrealizować dopiero ok. 20 lat później.

piątek, 7 sierpnia 2009

2=9 czy 9=2?


Kolejna z serii dziwnych rzeczy przytrafiających mi się nieustannie, niemal dzień w dzień. Napisane jest (przykład:) 459, a ja mówię lub zapisuję 452, mimo iż przeczytałem właściwie. Sprawdzałem to i sytuacja powtarzała się w bardzo różnych konfiguracjach, lecz dotyczyła wyłącznie dwójek i dziewiątek! Żadnych innych cyfr nie mylę, a przecież bardziej prawdopodobne byłoby, jak sądzę, mylenie 6 i 9. Czy to nie dziwne?

Niedługo powieszę sobie nad biurkiem wielki plakat z napisem THE TRUTH IS OUT THERE, przybiorę pseudonim Lis i stworzę bloga o takim samym tytule... Oo, kolejna dziwna sprawa - już takiego założyłem!

Nawiązując do latarni - dzisiaj znowu jedna zgasła około godziny 23.20, gdy się do niej zbliżałem!

wtorek, 4 sierpnia 2009

Światło/Cień


Gasnące, mijane przez ciebie latarnie:
a. rozbawiłyby cię
b. zaciekawiłyby cię
c. zdziwiłyby cię
d. zaniepokoiłyby cię


Zaznacz każdą z powyższych odpowiedzi, jeśli się z nimi zgadzasz.. I dopisz wszystko co tylko przylezie ci do głowy. Ja się zmagam z tym problemem już od jakiegoś czasu. O sprawie przypomniałem sobie wczoraj, podczas spaceru z psem. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że w jego trakcie zgasły mijane przeze mnie dwie latarnie (w przeciągu 10 minut, może mniej), po czym, kiedy je minąłem, zapalały się na nowo. Sprawa jest o tyle tajemnicza, że już takie historie mi się zdarzały. Nawet rozważałem kwestię związaną z jakimś szczególnym polem elektromagnetycznym, które być może mnie otacza. Jednak nic takiego, mimo dogłębnych obserwacji, nie stwierdziłem. Nic mnie nie otacza! Gniazdka w ścianach nie wariują, sprzęt elektroniczny działa normalnie. Żadnych iskier. Fakt, że zazwyczaj jestem nieco naelektryzowany, ale raczej nie jest to niezwykłe zjawisko. I piorunów nie ściągam, choć, nie wiedzieć czemu, tego tematu zbyt gorliwie jeszcze nie przebadałem.

Tajemnicza sprawa...

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Festiwal Sztukmistrzów


Bardzo pozytywne wydarzenie, potężny kopniak dobrych emocji, poza małym wyjątkiem, ale spowodowanym typowym polskim zachowaniem w kolejce, a kolejka po polsku wygląda tak: *$%@()#!!!. Jak na festiwal sztukmistrzów przystało, język widowni też bywał magiczny...



Ale bardziej istotne jest to, że na moment znalazłem się w magicznym Lublinie, z którego niekoniecznie chciało mi się zbyt szybko powracać.



Miro, siej, siej i jeszcze raz ćwicz! Powodzenia w 2012!



Odkurzyłem swoje piłeczki (...).