poniedziałek, 25 stycznia 2010

Jurta

Przeżyłem dziś szok. Szok w pełnym tego słowa znaczeniu i w pełnym znaczeniu pozytywny. Wyszedłem na spacer z psem. Jak mi się nie chciało, to wiem tylko ja i odczuł pies, który znosząc dzielnie mój opór przed wyjściem na mróz, nie popuścił - ani sam, ani mnie, więc końcem końców wyjść musieliśmy.

Po wyjściu z klatki zamarzła mi broda, znaczy – zimno. Szybka rozgrzewka w stronę śmietnika, a później marsz do wąwozu, aby porzucać piłką. Dla mnie dalszy ciąg rozgrzewki, dla psa dzika radość. Rzut! Piłka poszybowała, gdzieś na wysokość latarni, szczęśliwie omijając żarówkę – no dobrze, to był inny rzut i innego dnia, ale pasuje do całości, dlatego też pozwoliłem sobie zlać wydarzenia w jedno. W każdym razie rzut był z pewnością wysoki i daleki, bo jak inaczej znalazłbym się w jurcie?

I tutaj właśnie doznałem szoku. Jestem sobie, taki ktoś w takim miejscu ktosiowym (czytaj-zrozum: daleko od miejsc, gdzie pasą się dzikie jurty...), a mimo to znalazłem się w jurcie gapiąc się w otwór dymnika u szczytu. Pomyślicie może: w księżyc się gapił?

Całe niebo gwiazd, zachmurzenie w zasadzie zerowe, z małym wyjątkiem. Tym wyjątkiem był pierścień obłoków (jak odmierzony cyrklem) wokół księżyca. Z mojej perspektywy odległość od centrum pierścienia, w którym znajdował się księżyc-dymnik do kręgu stworzonego przez chmury była taka, że poczułem się jakbym stał pośrodku jurty z zadartą głową. Iluzja? Każdy widzi tak, jak czuje.

A ja to poczułem.

Niestety wkrótce zostałem brutalnie wypędzony na mróz przez gamonia Oriona, który bezceremonialnie depcząc tradycję gościnności koczowników, rozerwał ścianę jurty. Te zachodnie maniery... Dobrze, że Syriusz okazał się mądrzejszy od swojego pana i dalej bawił się beztrosko z moją Kirą.

Byłem w wąwozie, mróz dawał popalić, a piłka wracała w szczękach psa, niczym bumerang.

sobota, 23 stycznia 2010

Twarz

a twarz pomaluję sobie
czarną kredką
i rzucając na siebie złe oko
ujrzę ugór

i twarz pomaluje sobie
czerwoną kredką
rzucając na siebie wściekłe spojrzenie
ujrzę wojnę

i twarz pomaluję sobie
białą kredką
rzucając na siebie blade spojrzenie
ujrzę klęskę

i twarz pomaluję sobie
zieloną kredką
niebieską kredką
żółtą kredką

i twarz pomaluję sobie
wszystkimi barwami kredek
rzucając na siebie zmieszane spojrzenie
ujrzę siebie

czwartek, 21 stycznia 2010

Wy-życie

Czujesz to?
Nie powinieneś pisać. Gdy skończysz... Gdy skończysz będziesz wypisany, jak twoje pióro, wyżyte będzie twoje życie. Tego pragniesz? Wyżyć się aż do pustki? Szlak atramentu na kartce prowadzi tylko wstecz - nie ma żadnego później. Wieczór nie nadejdzie, nie nastanie dająca wytchnienie noc, nie obudzą cię poranne promienie rodzącej się nadziei.

Tego oczekujesz? Ślad psiego moczu w śniegu ma o wiele więcej życia w sobie, niż twój atrament na kartce, twoja krew - czarna, granatowa, zielona... Wyżywasz się w piśmie licząc na to, że ten przydługi epigram bez cienia dowcipu, ktoś przeczyta i zapamięta...

Ruszaj się Bruno...

środa, 20 stycznia 2010

Anioł Samobójca


Anioł (Stróż?) przebija się cieniem włóczni. Desperacja? Brak wiary? The game is over. Może cieniem zabija to, co w nim tęskni za pełnią? Może nie widzi wyjścia z jaskini jednocześnie nie godząc się na spędzenie w niej wieczności? Czy tylko my ludzie tkwimy w swojej jaskini, czy może Stwórca ulepił naszą na podobieństwo swojej? Jeśli byłoby tak, oznaczałoby to, iż nie potrafi On dostrzec Prawdy i Piękna, a jedynie ich blade odbicia (pocieszenie dla filozofa). To właśnie na podstawie tych odbić stworzył nas, ludzi. Na swoje podobieństwo, na swój obraz. Można by pomyśleć, że jesteśmy którąś tam wodą po kisielu. Obraz jest tylko obrazem, choć są z całą pewnością tacy, dla których Jezus na obrazie jest tak realny, że innego nie ma. Dla kogoś takiego bycie obrazem Boga, to bycie...

niedziela, 17 stycznia 2010

Planety

nigdy nie miałem śmiałości,
by pięknym dziewczętom mówić,
że są piękne

gapiłem się tylko tak,
żeby same mogły to odczytać
z żaru mojego spojrzenia

gapiłem się aż oczy wychodziły z orbit
okrążając ich planety
po szaleńczych trajektoriach

stałem zagubiony i bezbronny
łatwy cel do zdemaskowania
planeta bez wody,
gdy one tak pełne życia

prawdziwe sensacje astronomiczne,
a to ja byłem obcy

czwartek, 14 stycznia 2010

Poławiacz

Europa i ludy bez historii... Czas przestrzeni... Dukla... Dziennik geniusza... Błękitne przestrzenie...

Każdy dzień zarasta nowymi tytułami, które zwiększają liczbę nieprzeczytanych przeze mnie książek... Zbieram je niczym chomik ziarno, z tą różnicą, że nie jestem w stanie aż tak wydąć policzków. To powoduje, że się dławię i muszę nadmiar wypluć, żeby się nie udusić. Rousseau: samotność i wspólnota.

Czasem zamieniam się w zboczoną kukułkę, która miast podrzucać innym ptakom swoje jajka, zbiera obce i przynosi do własnego gniazda wysiadując je do momentu, gdy się okazuje, że to zadanie ją przerasta. Te, których nigdy bym nie szukał, a widząc je na jakiejś półce nie zwróciłbym szczególnej uwagi.

Czasem czuję się poławiaczem pereł. Zapuszczam się w głębiny na wdechu i, jeśli szczęście mi dopisze, dotrę do tej jednej, której blask mnie wabił. Częściej jednak wyłącznie z oddali dostrzegam, jak lśni i kusi. Wertuję kartki - To jest to!
Wydech. Trzeba wracać. Zapamiętuję jej położenie na półce. Może później...

piątek, 8 stycznia 2010

Mam cię na oku!


Mam cię na oku Dwa-Tysiące-Dziesiąty!! Na razie wziąłeś na przezimowanie. Niedźwiedź jeszcze mocno śpi na prawym boku i ani myśli się obracać, a ja się obracam dzień w dzień, niespokojnie szukając oznak ocieplenia stosunków. I myślę, a z myślenia wymyślają mi się myśli, których nie nadążam spamiętać. Obrót! Może, którąś jeszcze dogonię nim zniknie na zawsze.

Kilka dni temu przemierzałem z psem stare ścieżki "O! Tutaj było publiczne WC! A tutaj biegałem za piłką! Tędy zjeżdżałem na sankach i uczyłem się na nartach!". Pies się cieszył (ech, egoistyczny pęd ku samozadowoleniu jego pana). Pierwszy raz od dawna tak wyraźnie zobaczyłem klasztor dominikanów górujący nad ulicą Podwale. Zabrakło mi aparatu. Na szczęście nie wszystko rhei! Wrócę tam za kilka dni. Może jutro. W końcu to tylko 10 minut piechotą. W końcu to tylko 20 lat.

Obrót! Z dwóch wersów genialnego (jakżeby inaczej?!) wiersza, które wymyśliły mi się na spacerze, pochwyciłem w sidła pamięci tylko i! Tak sobie powtarzałem w myśli, że to i jest bardzo istotne, jako łącznik dwóch wersów; tak się tym zachwyciłem, że zapomniałem całej reszty. Zostałem z tym koanem na przezimowanie
Co łączy i?