Było mokro i mgliście, choć całkiem ciepło, jeśli porównać z L. Było bieszczadzko. Bieszczad na powitanie przysłał łanię, w której lustrze mogliśmy się przejrzeć przez dłuższą chwilę, ponieważ nie było jej spieszno. W świetle reflektorów wyglądało to wspaniale, choć po aparat nikt nie sięgnął. A była tak blisko. Później jeszcze sarny, lis. Można by rzec: jak zwykle! Lisa widzę za każdym razem, gdy jadę przez Bieszczad. I sarna też nieraz się przytrafiła. A mówię tu tylko o sytuacji "dojazdowej", bo gdy przez las szlakiem lub przez chaszcze... Sobota we strugach deszczu. Jednak aparat trzeba było wyciągnąć, bo jakże inaczej?! Tyle imprez - hubertus, zaduszki zakapiorskie... Sprzęt do reklamówki, w reklamówce dziura na szkło i wio! Deszcz nie dał za wygraną. Bieszczad nie chciał się odsłonić. Kusił, uwodził, a kiedy aparat znalazł się w ręku - góry zaczynały płakać ze śmiechu. Naigrawał się z nas. Cóż, ma do tego prawo i nie mam pretensji. Ważne, że nim pooddychałem przez ułame...