Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2007

Zmiana-z-czasem

wódka niedopita zastała mnie jesień o godzinę zbyt wcześnie zaskoczyła mnie ta nagła zmiana czasu bo ja wciąż wczorajszy a świat tak jakby trochę przede mną i pędzi szaleńczo do jutra gonić trzeba by go dogonić i załapać się na odjazd porannym ekspresem ale bez biletu bo ja w sen dopiero zmierzam i oby sen zakończył się niezbyt szybko bo mnie nie spieszno jeszcze a już dzień nowy nowa nastaje noc nim zewrę powieki i nim otworzę całe miesiące mijają dni szaleńczo nikną a ja gdzieś się zawieruszyłem poza kieliszek niepusty i myśl do połowy pełna że może warto by coś jeszcze

Karmaniola

Nosi się we mnie i zanosi się na to, że się wreszcie donosi. Zwierzęca wściekłość... Na ciężkich idiotów nazywanych w mediach turystami (!). Niestety równocześnie nosi się we mnie melodia w żaden sposób nie pasująca do sytuacji. A może? Sześciu zjednało się w ponurym dziele Dłoń pewna, chociaż szczęki tchórzem drżące Chcąc zabić bestię obudzili bestie Ciemne wnętrza dusz ich trawiące Już władca leży w tym potoku martwy Owinięty kożuchem cierpienia Nie zdołał dostrzec swoim ufnym wzrokiem Jak ciepła dłoń w zimny kamień się zamienia * I tyle... Na chwilę.

?

a gdyby tak...? z myśli moich wycieka znak zapytania a gdyby tak...? myśli tej bat chłoszcze zimną jesienną noc a gdyby tak...? noc kuli się w ciepłych ramionach żula a gdyby tak…? noc szuka schronienia w pustych oczodołach ociemniałych latarń a gdyby tak…? noc umyka tchórzliwie płaszcząc się przed jasną odpowiedzią świtu żul obejmuje czule szyjkę swej kochanki pod całodobowym sklepieniem

O czasie...

Od kilku dni zauważyłem u siebie dziwne zafascynowanie (zapalenie?) zegarkami. Z tym, że nie prawdziwymi – z krwi i kości lub, żeby było bardziej jeszcze adekwatnie, z trybów i sprężynek – lecz zegarkami wirtualnymi. Jakby tego było mało, nie zegarkami cyfrowymi, ale analogowymi. Wyszukuję w Internecie różnego rodzaju programy typu „desktop” symulujące zegarki analogowe. Nie rozumiem jeszcze o co chodzi w tym wszystkim, choć mam pewne podejrzenia… Mam mało czasu tak mało jak piachu W dziecięcej garści nad rzeką Zwieram powieki zatrzymać obraz Co z moich wspomnień ucieka [...] Biegnę wciąż biegnę przed siebie w siebie Tęczę rozgarniam rękami Letnim upałem wytrzeć do sucha Spotniałą wilgotną pamięć Wojtek Bellon, Piosenka o zajączku

Istota rzeczy

Cz üeh Yin, buddyjski mnich żyjący w okresie Y üan, powiedział: "Przy silnym wzruszeniu, gdy serce czuje się zgnębione, trzeba malować bambusy. Orchidee maluje się z duszą pogodną, jako że liście ich sprawiają wrażenie unoszących się w powietrzu lub fruwających. Ich pączki otwierają się radośnie, cały nastrój tchnie szczęśliwością". Ernst H. Gombrich, Sztuka i złudzenie Tak sobie siedzę i zastanawiam się, jaką roślinę mógłbym dziś namalować... Raczej nie namalowałbym orchidei, ale na pewno też nie ostu.

III. Krzyż dobity

Ponoć po ulicy Zakładowej chodzi święty obraz. Usłyszałem to z ust kobiety, która schwyciła Bogu ducha winną (jakżeby inaczej?!) zakonnicę w przelocie i na dziesięć minut wydobyła ją ze stanu kontemplacji pięknego jesiennego przedpołudnia. Ta z należną jej pokorą rozglądała się szukając pomocy wokół, bez nawet jednego ukradkowego spojrzenia w górę (jakżeby inaczej?!). A szkoda. Parę minut później po nieskalanym błękicie nieba przeleciał z warkotem ciemnoniebieski krzyż z białą obwódką! Błękit nieba, krzyż niebieski, biała granica pomiędzy nimi, dzięki której w ogóle można było stwierdzić: krzyż leci (krzyżolot)?! Tylko ten warkot do krzyża wcale mi nie pasował. No, bo jak to tak? Widział kto warczące krzyże? Umysł mój rozpoczął radosną twórczość – cudne, pędzące myśli z rana, w dodatku twórcze! Sama rozkosz! Umyśliłem sobie, że ten warkot to źle zbity krzyż. Niedokładnie złączone ramiona z pewnością wydawały ów dźwięk. I przyszło mi na myśl – są niedokładnie dobite! * "- Dobijcie ...

II. Drogi

Dziś rano przez okno, dziwna rzecz, ujrzałem na horyzoncie wiejską drogę! Poczułem ten klimat - drogi na Wrzosy, drogi na Stawy Stare bądź Nowe. Drogi widok na Topolice, to tam gdzie obserwowałem walkę jastrzębia z pustułką. Przy wiejskiej drodze rów ze strumykiem i jeżynami na brzegach. Kępka brzóz na piachu, wieczorne ognisko i ziemniaki w popiele. Jest w tym wspomnieniu jakaś siła. Dziś z drogi na Wrzosy pozostało tylko to wspomnienie. To znaczy, droga istnieje nadal, ale jej okolice – szkoda mówić. Ludzie na wsi nie myślą ekologicznie, praktycznie (!), perspektywistycznie, estetycznie, a już z pewnością nie magicznie! I Wrzosy nie te same. Takie trochę zbyt uporządkowane, zbyt skrojone w równe kawałki. Tylko okoliczny las, wydaje mi się, przybrał na sile na tyle, by zdołał przesłonić to, czego widok ani jemu ani mnie nie jest na rękę. No i droga przez wioskę. Moja? Ziemia, piach, doły, Morza i Rzeki Deszczowe, kanały wyryte według spontanicznych planów patykiem. Koła wozu, ko...

I. Koleje losu

Zawsze lubiłem pociągi. Chyba dostrzegałem w nich coś magicznego. Pamiętam, że u dziadków wybiegałem na drogę żeby liczyć wagony pociągów towarowych, których szlak przebiegał jakieś dwa kilometry od domu, przez pola. Mierzyłem się z pociągiem siadając na torach i czekając aż będzie wystarczająco blisko, abym mógł z dumą zwiać. Pamiętam także jak przystawiałem głowę do szyny, niczym indiański tropiciel, nasłuchując czy się zbliża, i gdy był już bardzo blisko kładłem na szynę monety. Białe złotówki. Żółte monety przyklejały się do kół i zazwyczaj trzeba było spisać je na straty. A białe zostawały. Czasem odskakiwały na kilkanaście, kilkadziesiąt centymetrów i były, tak na oko, ze dwa razy większe. Często nie można było odnaleźć na ich sprasowanej powierzchni orzełka. Znikał. Odlatywał. Może z dumą zwiewał. Pociągi kiedyś były magiczne. Koleje losu się ważą! Koleje towarowe los eksportowany los importowany los przewożony los przemycony los w bydlęcym wagonie los węgloczar...

Mgrdrprof

Wczoraj udowodniłem nieopłacalność robienia doktoratu, że już nie wspomnę – ciekawe stwierdzenie, zazwyczaj tuż po nim wspominamy o tym czymś - o profesurze. Mianowicie: życie osoby ze stopniem magistra jest średnio o 4 lata dłuższe niż osoby ze stopniem doktora! Dlaczego? Stopień magistra osiąga się w wieku mniej więcej 24 lat, zaś doktora około 28 roku życia (oczywiście istnieją wyjątki od reguły, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że wyjątek jest reguły potwierdzeniem). To daje magistrowi 4 lata przewagi! Ludzie! Pozostańcie magistrami! Dla własnego dobra. Żyjcie dłużej!