Jurta
Przeżyłem dziś szok. Szok w pełnym tego słowa znaczeniu i w pełnym znaczeniu pozytywny. Wyszedłem na spacer z psem. Jak mi się nie chciało, to wiem tylko ja i odczuł pies, który znosząc dzielnie mój opór przed wyjściem na mróz, nie popuścił - ani sam, ani mnie, więc końcem końców wyjść musieliśmy. Po wyjściu z klatki zamarzła mi broda, znaczy – zimno. Szybka rozgrzewka w stronę śmietnika, a później marsz do wąwozu, aby porzucać piłką. Dla mnie dalszy ciąg rozgrzewki, dla psa dzika radość. Rzut! Piłka poszybowała, gdzieś na wysokość latarni, szczęśliwie omijając żarówkę – no dobrze, to był inny rzut i innego dnia, ale pasuje do całości, dlatego też pozwoliłem sobie zlać wydarzenia w jedno. W każdym razie rzut był z pewnością wysoki i daleki, bo jak inaczej znalazłbym się w jurcie? I tutaj właśnie doznałem szoku. Jestem sobie, taki ktoś w takim miejscu ktosiowym (czytaj-zrozum: daleko od miejsc, gdzie pasą się dzikie jurty...), a mimo to znalazłem się w jurcie gapiąc się w otwór dymnika ...