Niesamowite i tajemnicze szepty nocy podbiegunowej drżały w powietrzu. Był zmierzch, wczesny zmierzch długich szarych miesięcy; bezsłoneczny mrok opadał szybko na zakrzepły kraj, położony na północnym cyplu amerykańskiego kontynentu powyżej Kręgu Polarnego. Ziemię kryło tylko niespełna dwanaście cali śniegu, miałkiego i twardego niby kryształki cukru, lecz ziemia sama zamarzała na cztery stopy w głąb. Było sześćdziesiąt stopni poniżej zera. Tak rozpoczynają się przygody Błyskawicy, ni to psa, ni to wilka; i psa i wilka. Dzikość i udomowienie, dwie dusze (tak na przekór, tak niemal szamańsko) w jednym ciele. Dawno już nie jechałem pociągiem. Kiedyś to było takie naturalne, że jeśli w dal, to tylko pociągiem i podziw dla mijanych za oknami widoków. Pola, lasy, przejazdy kolejowe, gdzie (ha,ha,ha) Oni musieli stać i czekać, bo my jedziemy! Bo nas ciągnie, rwie i wyrzuca w przestrzeń! Bo żywioł nie do powstrzymania, bo łaska pędu! Bo my jesteśmy więksi, szybsi i sprytniejsi! Dziś chciałbym...