Coś jest w drodze i wędrowaniu. Paradoksalnie, niweluje zmęczenie wraz z nakładem kilometrów. Tym razem nie trafiłem na Carską, lecz do Narwiańskiego Parku Narodowego. Pozwolę sobie wyrecytować pseudo-spontanicznie (spontanicznie było myślnie): byłem w Narwiańskim w klimacie wkurwiańskim bo upał, bo większość drogi w samochodzie, bo komary tną jak cholera. A jednak, przeszedłem ok. 15 km w skwarze, pocięły mnie komary, popatrzyłem z dala na łosie (które w naszym kraju być może już niedługo nie będą mogły czuć się bezpiecznie - polecam akcję podpisywania petycji w ich obronie), podpatrzyłem polującego błotniaka, sfotografowałem wodniczkę (zagrożony w skali europejskiej gatunek ptaka). Jednak naprawdę upoił i ukoił mnie aromat! Lasów, pól, rzeki, łąk. Momentami kręciło się w głowie. Wtedy zatrzymywałem się i zaciągałem powietrzem, niczym nałogowy palacz dymem. Wirowało, oj wirowało! Zapach momentami naprawdę oszałamiał. Były chwile, gdy czułem się jak w Poleskim. Ów wzmia...