Lisom, lisom...
Około 20 minut temu widziałem lisa. Gdyby nie to, że miasto, to nawet bym za nim poszedł, ale lis w mieście kojarzy się głównie ze wścieklizną, więc sobie odpuściłem. Zwłaszcza, że towarzyszyła mi Kira. Z jej perspektywy, przepadła okazja do zabawy z Pięknym Nieznajomym, a że sama lekko rudawa... Ale chciałem o czym innym. Toczy się we mnie pewien spór. W pewnym sensie można chyba uznać, że wewnętrzny spór (niezależnie czego dotyczy) jest oznaką pewnego kryzysu - wartości, światopoglądu, etc. I niech tak będzie, ponieważ pasuje mi to do teorii. Rzecz w tym, że za każdym razem, gdy przeżywam jakiś kryzys, czy taki właśnie jak obecnie, spowodowany pewną lekturą, czy też inny, spowodowany, dajmy na to, idiotycznym siedzeniem w mieście, COŚ się WYDARZA. Z reguły, to coś ma charakter dziki lub co najmniej nieoswojony! Pustułka, żurawie, lis... I Wszystko w mieście. Ok, pustułka to już gatunek niemal miejski. Ale żurawie?! Lis?! Ach, przecież to dzięki pustułce, na którą polowałem dłuższy cz...