Zastanawiam się, jak to jest, czy faktycznie, tak jak pisała Susan Sontag, fotograf ukryty za parawanem swojego aparatu, znajduje się w pewnym sensie w innym, neutralnym świecie? Świecie, który nie angażuje i nie wymaga zaangażowania, lecz wymaga tylko, by nacisnąć spust (!) w decydującym momencie (Barthes). Tego samego wymaga się od żołnierza, czyż nie? Na wojnie owszem, lecz fotografowie "walczą" również na innych frontach - slumsy, głód, klęski żywiołowe. Parawan chwieje się czasem i fotograf widzi przez moment, że nie jest w innym świecie i nie obowiązują go inne reguły. Ginie, jak Capa lub tak, jak Carter, który być może w snach rozpoznał w sobie jednego z sępów obskakujących zagłodzone dziecko. Od lat przeglądam zwycięskie prace World Press Photo i co roku zastanawiam się nad tym, na ile fotograf może lub nie może sobie pozwolić? Nie tylko obiektywnie, ale też wewnętrznie, w granicach swojego umysłu. Gdzie leży granica, poza którą żaden parawan skutecznie nie przesłon...