Ostatnio (względnie) nie mam zacięcia do pisania. Ciekawe zjawisko, zazwyczaj rano, gdy wychodzę do pracy mam mnóstwo pomysłów, koncepcji, obserwacji. Jeszcze w pracy myślę nad tym, układam plan i jestem pewien, że tym razem na pewno mam coś do powiedzenia. Jednak, wraz z upływem godzin i wtapiania się w system "od-do", mój zapał słabnie. Zmęczenie? Być może. Faktem jest, że wracając do domu, choćbym miał wcześniej tysiąc pomysłów, jestem wyprany zupełnie. Do cna. Jedyne o czym myślę, to zjeść, posiedzieć chwilę i zasnąć... A najgorsze jest to, że jednocześnie taki stan męczy mnie niemiłosiernie. Czuję niedosyt, doświadczam marnotrawstwa czasu. Paradoks, z jednej strony pragnę w tym odrętwieniu porządnie nic nie robić; z drugiej strony, męczy mnie świadomość nic nie robienia. Zabieram codziennie aparat na wszelki wypadek, a jednak, pomimo tej narzuconej sobie presji, do tej pory nie zrobiłem żadnego zdjęcia w drodze, na miejscu, czy w czasie powrotu. Jakoś tak wychodzi, czy t...