Burza na horyzoncie

 Cóż to był za widok! Popołudniowe słońce oświetlające pola i drogę, a w tle kłębiące się granatowo-szare, burzowe chmurzyska!


Zaparkowałem na wiejskiej drodze wiodącej między polami i plantacjami. Złapałem aparat i zacząłem fotografować. Po kilkunastu minutach zobaczyłem, że za moim samochodem stanął inny, blokując mi wyjazd. Pomyślałem, że głupio założyłem, że nikt nie będzie chciał tą drogą jechać, więc wróciłem, żeby przeparkować auto.

Tymczasem z auta wysiedli dwaj goście i zaczęli fotografować mój samochód, zaglądać przez szyby i ewidentnie okazywać zainteresowanie moją osobą. Podszedłem, mówiąc, że pewnie im drogę zastawiłem, na co usłyszałem: „Nie tak prędko." Ok, pomyślałem: „Robi się ciekawie." Jeden z nich (kierowca, wnioskując po stanie drugiego) stanął ze skrzyżowanymi rękami. Drugi zaczął, plączącym się polskim, zadawać pytania o to, dlaczego fotografuję jego plantacje, kto mnie wynajął, skąd jestem, a skoro z Lublina, to czy znam takie i takie miejsca (nie znałem). Od słowa do słowa okazało się, że właściciel plantacji ma jakiś spór z sąsiadami o granice i był przekonany, że robię zdjęcia na zlecenie. Zaśmiałem się, mówiąc, że gdybym robił na zlecenie, to nie w biały dzień i na pewno nie przy tylu świadkach. Trudno mu było pojąć, że interesują mnie krajobraz i droga (neutralna) bardziej niż jego własność. Pośmialiśmy się chwilę i każdy pojechał w swoją stronę.

Przystanąłem jeszcze na skraju wioski, żeby zrobić zdjęcie nadchodzącej burzy, zwłaszcza że zaczynało ładnie błyskać. Jednak co chwilę, gdy mijał mnie jakiś samochód, zastanawiałem się, czy zaraz ktoś się nie zatrzyma i nie wyskoczy z pretensjami. 

Burza na horyzoncie



Komentarze