Ameryk
Mówić, że jest się na tropie trickstera, to trochę tak, jakby wejść do ringu z zawodowym pięściarzem. Cios spadnie. Nie wiadomo, skąd i kiedy.
A kiedy dojdziesz do siebie z twarzą obłożoną lodem, ostatnim wspomnieniem będzie zwykle chwila, w której wydawało ci się, że wszystko kontrolujesz.Tak właśnie jest z tricksterem.
Wyszedłem z domu, jak zawsze, z aparatem i ambicjami, że tym razem wrócę ze zdjęciem z rodzaju "przynajmniej OK”. Przechodząc obok cmentarza, postanowiłem na moment zajrzeć, żeby sprawdzić, co tam słychać, co w trawie piszczy itd. W tym samym czasie rozmyślałem intensywnie o moim projekcie nawiązującym do postaci trickstera. Naprawdę starałem się śledzić tę przecherę, ale ciągle mylił tropy. Zdjęcia były płaskie, nijakie, bez czegoś, co choć na chwilę przykułoby uwagę.
Za to myśli! Te przykuwały bez końca. Pośród kamiennych płyt znikąd pojawiła się taka jedna, że chciałbym teraz jechać międzystanową w stronę Gór Skalistych, poczuć aromat wielkich amerykańskich pustkowi, poczuć na skórze palące ciepło słońca i zobaczyć szybującego orła, kuguara, baribala, wapiti, bizony; że chciałbym przejść z plecakiem fragment Continental Divide Trail. Niestety, w najbliższej perspektywie mam najwyżej CBT…
Takie paraalkoholowe ciągi myśli zdarzają mi się często i zazwyczaj kończą się smutną konstatacją: i co z tego? Zostaję później na kacu, sponiewierany przez wiecznotrwałe, frustrujące NIC.
Tymczasem ciąg myśli, z którego zdałem sobie sprawę, kiedy opary niewesołych refleksji zaczęły opadać, okazał się zastawionymi na mnie sidłami, w które wpadłem, ścigając niedoścignionego.
Podniosłem wzrok.
Spryciarz ukazał mi się w pełnej krasie. Nie wiem, czy był to przebłysk jego wspaniałomyślności, czy chwila nieuwagi. Wiem tylko, że śmiał się wtedy do rozpuku.
Komentarze