Maska, która patrzy. Fenomenologia zasłoniętej twarzy
Szyba okienna jest progiem hermeneutycznym. W odbiciu, gdzie literatura nakłada się na martwą naturę parkingu, następuje pęknięcie w kontinuum codzienności. To tutaj pojawia się Trickster – postać, która, choć nie kłamie (w tym przypadku), to wywraca prawdę na lewą stronę.
Patrzę na swoją postać i widzę maskę. W powszechnym mniemaniu maska ma skrywać, chronić przed wstydem, dawać bezpieczny azyl niewidzialności. Jednak w moim szamańsko-fotograficznym rytuale pełni funkcję inną: urealnia. Nie jest zasłoną, lecz instrumentem uobecnienia sił, których bez niej nie potrafimy dojrzeć, a tym bardziej dosięgnąć. Aparat przyciśnięty do twarzy przestaje być narzędziem dokumentacji, lecz staje się atrybutem magicznym. To on pozwala mi „wyjść” do świata bez wychodzenia z bezpiecznego wnętrza.
W tym geście uobecnia się mój egzystencjalny konflikt: między pragnieniem bycia widzianym a panicznym lękiem przed odsłonięciem. Jestem zarazem demiurgiem stwarzającym kadr-świat, jak i błagającym śmiertelnikiem, który szuka w kadrze-świecie potwierdzenia własnego istnienia. Jeśli fotografia jest spotkaniem z Innym, to w tym odbiciu Innym jestem ja sam – urealniony przez maskę, ocalony przez rytuał.
Wpatrując się w zdjęcie, zaczynam dostrzegać uobecniający się mit. Mit heroiczny, lecz nie w oczywisty sposób. Oko obiektywu przez krótką chwilę staje się moim okiem. Jedynym! Przemienia mnie w cyklopa, pierwotną bestię, której spojrzenie odziera świat z wszelkich subtelności, z każdej zasłony nakładanej mozolnie od wieków przez kulturę. Spojrzenie cyklopa skupia się na wizerunku herosa uderzającego mieczem — uwięziony na zawsze potencjał w połowie drogi ku realizacji czy wręcz przeciwnie: zapowiedź przemiany?
Komentarze