Bezruch
Mam czas. Muszę to sobie często powtarzać. A nic mnie tak nie zatrzymuje jak widok drzewa.
To wszystko pozór, bo przecież tak naprawdę jego ruch jest nieustanny. Wiecznotrwały ruch ku górze, ku światłu. Ruch gałęzi na wietrze, choćby najmniejszy. Krążące wewnątrz soki, rosnące liście, liście opadające. Drzewo jest niezwykle ruchliwym bytem. Jeśli dodać wszystko to, co je otacza, a co jego ruch przejmuje i rozszerza niosąc dalej - owady, ptaki, nasiona...
Jednak tym, co mnie najbardziej w tym ruchu urzeka i zatrzymuje jest brak pośpiechu. Ruch drzewa jest zgodny z rytmem wszystkiego, co je otacza. Z nadchodzącymi kolejno po sobie porami roku, dnia, ze zmiennością pogody. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko ma swój czas.
Stoję naprzeciwko z aparatem. Kusi mnie, żeby zrobić zdjęcie i iść dalej. Mróz gryzie dłonie. Opędzam się jak mogę; grając z nim w ciuciubabkę chowam je na zmianę do kieszeni. Nie daje drapieżca za wygraną, ale uparłem się i tkwię w miejscu. Ustawiam statyw, zakładam filtr. Ignorując głos dochodzący z wnętrza mojej głowy nie spieszę się. Sprawdzam ustawienia, reguluję ostrość.
Stojąc naprzeciwko drzewa odnoszę wrażenie, jakbym był na jego podobieństwo. Jakbym właśnie powstał na nowo. Czy nie jest tak, że zatrzymując się, sprzeciwiając moim typowym, przymuszającym do ruchu stanom umysłu (którym z reguły ulegam), w tym momencie i na chwilę tylko staję się kimś nowym? Skoro to drzewo było impulsem, czyż nie jest stwórcą mojego obecnego, krótkotrwałego Ja?
Jednak nie jestem drzewem. Po wykonaniu kadru odwracam się i odchodzę. Drzewo zostaje. Jestem pewien (niemal), że kiedy wrócę następnym razem, znowu zastanę je tutaj w nieustannym ruchu.

Komentarze