Jezioro

 


Dzień 1

Znalazłem się tutaj przypadkiem. Pewnie, gdyby normalny dostęp do stawu był otwarty, w ogóle bym nie dotarł w to miejsce. Tymczasem, ze względu na spadające (podobno) gałęzie i łamiące się konary stanowiące zagrożenie dla odwiedzających, czerwono-biała taśma przecinała w poprzek ścieżkę zagradzając dostęp do pomostu widokowego. Lekko zawiedziony pomaszerowałem leśnym duktem.

Jednak kilkadziesiąt metrów dalej, nieco poniżej drogi trafiłem na miejsce, gdzie wody stawu tworzyły oddzieloną trzcinami “zatoczkę” porośniętą drzewami. Widok mnie zachwycił. Postanowiłem, że spędzę tutaj jakiś czas szukając kadrów. Przez kilka godzin chodziłem w tę i z powrotem wypatrując odpowiedniego punktu, z którego będzie można oddać na zdjęciu klimat miejsca i przyznam, że nie uzyskałem efektu, który sobie wymarzyłem. Za dużo się działo. Nie potrafiłem poradzić sobie z tym nadmiarem przy pomocy obiektywów, które miałem w plecaku. Nie mówię, że nie można było osiągnąć lepszych efektów: Ja ich nie osiągnąłem.

Poza jednym - z błota i wód zatoczki udało mi się wyciągnąć i wyrzucić później do kosza kilka plastikowych butelek…

Dzień 2

Przyjechałem tu celowo, żeby jeszcze raz zmierzyć się z tematem. Jednak na miejscu postanowiłem pójść nad inny staw, również otoczony lasem. Nie miałem pojęcia, jaki widok zastanę, więc chwilę zabawiłem nad położoną przy drodze kałużą…

Jednak zauważyłem, że pomiędzy pniami drzew przeświecało coś, co dawało nadzieję na lepszą fotograficzną przygodę niż ta z poprzedniego dnia. Zarzuciłem statyw z aparatem na plecy, przedarłem się przez krzaki i stanąłem nad brzegiem pięknego jeziora.

Docierał tu do mnie tylko śpiew ptaków. Czasem w pobliżu przebiegło stadko saren. Wody jeziora marszczyły się pod wpływem silnych podmuchów wiatru. Były momenty, że rozbrykana wyobraźnia zabierała mnie gdzieś w serce Gór Skalistych albo na bagna Florydy. Czułem wtedy, że biorę udział w Przygodzie (przez duże P!). Bardziej patrzyłem w zachwycie starając się “zniknąć siebie” na moment, stać się częścią tego miejsca, niż skupiałem na zrobieniu zdjęcia.

Niestety tutaj również trafiłem na ozdoby pozostawione przez dwunożnego intruza. Bytność człowieka można było zauważyć pod postacią puszek po piwie wepchniętych do środka pnia leżącego, martwego drzewa. Jakiego kornika trzeba mieć w głowie, by dostać się do tak pięknego zakątka i zostawić tam świadectwo swojej głupoty? Nigdy nie będę w stanie tego pojąć.

Usiadłem na tym pniu i przez kilka minut medytowałem. Podmuchy wiatru szturchały mnie w plecy, jakby chciał ponaglić mnie do zrobienia zdjęć lub żebym sobie wreszcie poszedł. Zamocowałem filtr ND3, żeby choć na chwilę uspokoić wody jeziora i zsynchronizować je z moim rozmedytowanym stanem umysłu.

Polishglades

Stan umysłu







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Taniec Słońca