Przerwa w dostawie rzeczywistości. Cóż, akurat tak wypadło. Dużo wyjazdów, jakieś dziwne przedwiosenne osłabienie. Kilka dawno odłożonych "projektów" (lub może nawet pseudo-projektów - a wtedy bez "..."). Bo projekt, proszę Państwa, to coś, co jest... zaprojektowane! Kto by pomyślał...
A miałem nie jechać nigdzie. Nie wiem dlaczego. Pogoda dopisywała, wszystko mówiło "jedź", a ja wątpiłem. Ostatecznie uległem pokusie i wsiadłem do samochodu ruszając w kierunku rezerwatu Piskory, po to tylko, by po kilku minutach ruszyć w kierunku przeciwnym, czyli w stronę Lasów Parczewskich z nie do końca poczuciem pewności, że to dobry kierunek.
Czy taki miałem plan? Nie do końca. Wołał mnie ten kadr, ale szczerze mówiąc nie miałem pojęcia, dlaczego. Nie podobało mi się to, że taki "nieczysty", ale jednocześnie, kiedy szukałem lepszego punktu, żeby uchwycić ruiny - kadr wydawał się zbyt pusty, nijaki. Budynek. I co z tego?
Wtedy umarłem, tego dnia i nie było dokądś i donikąd było tylko nigdzie i nigdy i smak gorzki ostateczności, która z natarczywością pijanej kochanki powtarza tylko "to ja! nie poznajesz? już mnie nie kochasz? ty już nie mój?" i śmieje się przekornie, bo wie, że ja jej na zawsze Umarłem tego dnia, tyle a tyle lat temu i o godzinie tej a tej i nie narodziłem się ponownie zgodnie z nauką a wbrew nadziei paranaukowej Nie wróciłem do żywych nie wróciłem do martwych
Otoczone. Dalej nie mają prawa być. To ziemia czyjaś. Czyjaś własność. Na smętnych gałęziach perlą się radosne krople. Schodzi mgła. Wokół cisza, którą czasem przerywa krzyk przelatujących w idealnym kluczu gęsi, albo klangor żurawi. Za chwilę spoza ciężkiej kotary chmur wyjrzy na kilka minut słońce. Krople rozbłysną jeszcze jaśniej, jeszcze radośniej. Na chwilę.